Powrót do Polski

Mimo, że opuszczaliśmy hotel jeszcze przed świtem, personel przygotował dla nas wczesne śniadanie. To bardzo miłe z ich strony, bo rok wcześniej na Zakynthos wyjeżdżaliśmy o podobnej porze, a nic nie dostaliśmy. Jadąc na lotnisko po raz ostatni przejeżdżaliśmy Mostem Korynckim. Było jeszcze dość ciemno i widzieliśmy, że wzdłuż linii wodnej kanału świecą się białe światełka, a kanałem płynął spory statek towarowy. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że w tak wąskim akwenie pływa się po zmroku. Ale co się dziwić - Grecy to morski naród, pływanie mają chyba we krwi.

Gdy dotarliśmy na lotnisko okazało się, że w niewielkim terminalu jest trochę ciasno, bo oprócz naszego samolotu, odlatywał jeszcze jeden do Moskwy. W hali odlotów nie było jeszcze tak źle, bo Rosjanie byli już w większości po odprawie i przeszli do poczekalni. Ale w poczekalni panował już duży ścisk i ciasnota - miejsc siedzących starczyło dla połowy podróżnych, a pozostali stali tuż obok siebie, wypełniając całą wolną przestrzeń. Myśleliśmy, że skoro Rosjanie zostali odprawieni wcześniej, to za chwilę zwolnią poczekalnię udając się do samolotu. Ale to my odlecieliśmy pierwsi. Po raz kolejny w Grecji spotkaliśmy się z dziwną praktyką, że bagaż rejestrowy, po zważeniu i oklejeniu, pasażerowie sami zanoszą do stanowisk prześwietlających. Tam ewentualnie jest dodatkowo otwierany i sprawdzany w obecności pasażerów.

Kiedy startowaliśmy z Araxos było już zupełnie jasno, a niemal bezchmurne niebo pozwoliło na podziwianie krajobrazów. A przyznam, że były to krajobrazy nietypowe jak na Grecję. Zaraz po starcie przelecieliśmy nad zachodnim krańcem Zatoki Korynckiej (Zatoka Patraska), a chwilę później, wznosząc się na wysokość przelotową, lecieliśmy ponad Etolo-Akarnanią. O ile spotykaliśmy już w Grecji płaskie tereny, to były one zawsze pozbawione wód. Tymczasem tu widzieliśmy nie tylko Lagunę Messolongi, czy Zatokę Ambrakijską, z wąskim kanałem łączącym ją z Morzem Jońskim, ale też wiele rzek i jezior. Laguna Messolongi przypomina trochę holenderskie poldery - została częściowo wydarta morzu i osuszona, choć w porze deszczowej (jesień i wiosna), duża jej część ponownie zalewana jest wodą. Część płytkiej laguny zajmuje park narodowy, ale w najpłytszych miejscach (do 0,5 m głębokości) w pobliżu brzegów, jest wiele zakładów odsalania wody morskiej, na których opiera się tamtejsza gospodarka. Na północy Laguna Messolongi zwęża się i przechodzi w Lagunę Etoliko (Aitoliko) - nazwa pochodzi od ciekawie położonego na wyspie miasteczka o bardzo gęstej zabudowie, połączonego z lądem dwiema groblami. Przy niskim poziomie wody wyspa Etoliko przemienia się w półwysep.

Nad Bałkanami ładne widoki skończyły się - lecieliśmy teraz nad gęstymi, białymi chmurami. Ziemię zobaczyliśmy ponownie dopiero w okolicach Krakowa. Ale największą, bardzo miłą niespodzianką było to, że samolot nie lądował na Okęciu jak zwykle od południa. Zatoczył szeroki półokrąg nad stolicą i nadlatywał do lotniska od północy. Dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się z niewielkiej wysokości Twierdzy Modlin, nowemu lotnisku w Modlinie i kolejnemu lotnisku na warszawskim Bemowie. Pogoda była wyśmienita, więc jak na dłoni widzieliśmy wieżowce centrum Warszawy, a przez chwilę nawet Stadion Narodowy. Pewna przykrość spotkała nas przy odbiorze bagażu - czekaliśmy na nasze walizki około pół godziny. Takie są uroki wielkich lotnisk. Na szczęście transfer busem do parkingu odbył się dość sprawnie (ekspresówką wokół lotniska) i pozostał nam końcowy etap naszej wycieczki - powrót autostradą do Bydgoszczy.

wstecz dalej

 
STAT4U