Podróż

Na kilka dni przed wyjazdem atmosfera zaczęła robić się trochę nerwowa. Mieliśmy wylecieć w piątek po południu, a tymczasem we wtorek całą Grecję (również porty i lotniska) sparaliżował strajk generalny. W środę i czwartek przez kilka godzin strajkowali greccy kontrolerzy lotniczy, razem z kontrolerami większości innych krajów Unii Europejskiej. Na szczęście dla nas nikt nie zapowiadał strajków na piątek.

Odprawa bagażowa na "Okęciu" rozpoczęła się na dwie godziny przed odlotem. Trochę obawiałem się naświetlenia filmów przez skanery RTG do bagażu, ale po wywołaniu zdjęć w Polsce obawy okazały się bezzasadne. Ponieważ odprawa trwała dość krótko, to zostało nam około godziny wolnego czasu, który spędziliśmy "zwiedzając" sklepy wolnocłowe. Około godziny 15:30 zajęliśmy miejsce w samolocie - był to Boeing 737-400 linii WEA (White Eagle Aviation). Zaskoczyła mnie ciasnota we wnętrzu samolotu - środkiem wąskie przejście, a po obydwu stronach po trzy siedzenia - węższe i ciaśniejsze niż w zwykłym autokarze. Kilka minut po 16:00 samolot trzęsąc się na nierównościach lotniska, dotarł do początku pasa startowego. Z gwałtownym ale krótkim przyspieszeniem rozpędził się i uniósł w powietrze. Ze względu na hałas i ciasnotę komfort lotu nie był rewelacyjny. Na szczęście lot trwał tylko 2 godziny (z prędkością około 800 km/h). Po uzyskaniu pułapu podróżnego (około 12.000 metrów) podano bardzo dobrą kolację. Ponieważ niebo było prawie bezchmurne spędziliśmy czas na jedzeniu i obserwacji ziemi przez malutkie (jak w pralce automatycznej) okienka. Widoki były wspaniałe. Na monitorach wyświetlana była mapa z aktualnym położeniem samolotu i parametrami lotu. Niestety w samolocie zrobiło się dość chłodno (ach, ta klimatyzacja) i trochę zmarzliśmy w krótkich spodniach i rękawach. Na szczęście nie było tak zimno jak na zewnątrz - na monitorze wyświetlona była temperatura: 52ºC poniżej zera. Dwie godziny szybko minęły i tuż po 19:00 (czasu greckiego) wylądowaliśmy na lotnisku w Salonikach. Podejście do lądowania było bardzo efektowne - samolot zawrócił szerokim łukiem i nadlatywał w kierunku pasa od strony Morza Egejskiego (lecieliśmy tuż na falami).

Port lotniczy w Salonikach był w trakcie rozbudowy, a hala przylotów wyglądała na jeszcze niezupełnie wykończoną. Niemniej dworzec był dość duży, zwłaszcza jeśli uwzględni się fakt, że Saloniki nie są stolicą Grecji. Przy wyjściu z dworca już czekały dobrze "oznakowane" rezydentki Scan Holiday, które skierowały nas do jednego z kilku autobusów. Cały samolot wyczarterowany został wyłącznie przez Scan Holiday, a wszyscy jego pasażerowie mieli być rozwiezieni do różnych hoteli na Riwierze Olimpijskiej i Chalkidiki.

Po krótkiej chwili wyruszyliśmy w stronę hotelu. Jechaliśmy autostradą Saloniki-Ateny-Patras. Droga wiodła równiną w niewielkiej odległości od wybrzeża morskiego. Po obu stronach autostrady widać było małe poletka ryżu. Nie miały one charakterystycznych terasów jak w krajach azjatyckich - z daleka wyglądały jak równiutkie trawniki, tylko czasem spomiędzy kłosów przebłyskiwała woda. Poletka ryżowe nawadniane są z kilku okolicznych rzek, mających swoje ujście w  Zatoce Termajskiej. Jedną z takich rzek, które przekraczaliśmy w czasie jazdy był Aliakmon - najdłuższa rzeka Grecji. Most był dość długi, choć rzeka pod nim wyglądała niepozornie. Jednak poza latem obfitsze opady powodują, że ta i inne greckie rzeki stają się zasobniejsze w wodę. Mniej więcej w połowie drogi po prawej stronie autostrady zaczął "wyrastać" z równiny masyw Olimpu, którego widok towarzyszył nam prawie do końca podróży.

Gdy dotarliśmy do miasta Katerini, stolicy nomosu (województwa) Pieria, autokar zjechał z autostrady i skierował się w stronę morza. Przejeżdżaliśmy przez nadmorską miejscowość turystyczną: Paralia. Paralia oznacza po grecku po prostu "plaża". Wiele miejscowości położonych na Riwierze Olimpijskiej posiada część nadmorską, pełniącą głównie funkcje turystyczne. Poza sezonem są one praktycznie puste. Ponieważ administracyjnie stanowią one część zasadniczej miejscowości, więc stosuje się tu nazwy złączone np.: Paralia Skotinas czy Paralia Pandeleimona. Paralia Katerini jest jednak wyjątkowa - to największy kurort w okolicy, więc często (nawet oficjalnie) używa się krótkiej nazwy Paralia. Przejeżdżając przez zatłoczone (mimo późnej pory, a może właśnie dlatego) uliczki, pełne gwarnych i oświetlonych tawern, eleganckich sklepów, obok wesołego miasteczka, miałem w duchu nadzieję, że nasz hotel położony jest w spokojniejszej okolicy. Około kilometra od zabudowań Paralii pozostawiliśmy część współpasażerów w hotelu Grand Platon. Hotel wyglądał dość interesująco, z ładnym basenem, ale niestety leżał dość daleko od morza (kilkaset metrów).
Około 21:30 dotarliśmy do hotelu Dion Palace Resort. Mimo późnej pory czekała na nas gorąca kolacja.

wstecz dalej

 
STAT4U