Jeszcze przed wyjazdem z Polski wiedziałem, że 12 lipca przez Rethymnon będzie przebiegać sztafeta niosąca ogień olimpijski na Igrzyska Olimpijskie Ateny 2004.

 

Sztafeta olimpijska

Jeszcze przed wyjazdem z Polski wiedziałem, że 12 lipca przez Rethymnon będzie przebiegać sztafeta niosąca ogień olimpijski na Igrzyska Olimpijskie Ateny 2004. Pomyślałem więc sobie, że warto by się temu przyjrzeć z bliska, bo najprawdopodobniej to jedyna taka okazja w moim życiu. Kilka dni wcześniej, podczas spacerów po mieście szukałem jakichś plakatów czy innych informacji na temat szczegółowej trasy przebiegu sztafety i godzin. Nic nie znalazłem. Pytałem także recepcjonistkę w hotelu, rezydentkę Scan Holiday, w kilku sklepach - nikt nie potrafił podać mi żadnych konkretów. Załamałem się tym trochę, gdyż pewnie bym sobie nie darował, gdyby taka gratka przemknęła mi koło nosa. Ale dzień wcześniej byliśmy wieczorem w miasteczku i zapytałem o to policjanta (a właściwie strażnika portowego). I dostałem od niego skserowaną mapkę z trasą sztafety, bo akurat służby porządkowe oczyszczały trasę z zaparkowanych pojazdów. Humor mi się znacznie poprawił.

Ogień miał przebiegać przez centrum około 11:00. O tej porze jest już bardzo gorąco. Spodziewając się poślizgów w czasie poszedłem bez Maćka - mimo jego wielkiego niezadowolenia. I dobrze zrobiłem, bo już po dojściu do centrum, dowiedziałem się, że wszystko jest "troszkę" przesunięte - na 12:00. A ja specjalnie poszedłem wcześniej aby zająć dobre miejsca, gdyby okazało się, że będzie dużo ludzi. Więc zająłem - i stałem ponad godzinę w słońcu. Wcześniej jednak obszedłem sobie całą oznakowaną trasę. Ustaliłem plan szybkiego przemieszczania się bocznymi uliczkami, abym mógł zobaczyć ogień w różnych miejscach. W końcu ustawiłem się na łuku drogi, tuż za barierką, tak aby nikt się nie wcisnął przede mnie. Przed 12:00 zaczynało się już robić tłoczno - głównie za sprawą turystów, bo Greków w porze sjesty ciężko zmusić do aktywności (choć później w amfiteatrze było ich sporo).

Prawie dokładnie w południe usłyszałem syreny motocykli policyjnych i w oddali zobaczyłem najpierw pojazdy obsługi sztafety, a po chwili biegaczkę z zapaloną pochodnią. Wyglądała na niezmiernie szczęśliwą i nie ma co się dziwić - w końcu to wielki zaszczyt. Zgromadzone tłumy powitały ogień olimpijski z niesamowitym entuzjazmem, nagradzając biegaczy brawami. Gdy tylko minęła mnie kawalkada, ruszyłem bocznymi uliczkami w kierunku Fortecy. Po drodze jeszcze dwa razy natknąłem się na ogień olimpijski wędrujący wąziutkimi uliczkami miasta. Sztafeta docierała do Fortecy, gdzie miały się odbyć główne uroczystości. Wraz z tłumem ludzi wszedłem za sztafetą na teren zamku, do amfiteatru. Tam już płonął znicz, zapalony od pochodni ostatniego biegacza. Wślizgnąłem się na wolne miejsce w drugim rzędzie amfiteatru zastanawiając się czy ktoś mnie przegoni, ale udało mi się. Impreza trwała prawie godzinę. Początkowo głównie przemawiano (po grecku oczywiście). Między innymi powitano jednego z najstarszych uczestników sztafety - 92-letniego Dymitrisa Fryganakisa pioniera podnoszenia ciężarów w Grecji. Był on także jednym z pierwszych wolontariuszy, którzy bezinteresownie wspomagali obsługę Igrzysk Olimpijskich. Potem zaczęły się występy artystyczne w wykonaniu zespołów folklorystycznych. Tancerze ubrani byli w tradycyjne stroje kreteńskie. Atmosfera była niesamowita. Jednak chyba coś się zaczęło za bardzo przeciągać, bo w pewnym momencie "mistrz ceremonii" (tak nazwałem człowieka, który cały czas chodził z latarenką, w której palił się "oryginalny" ogień rozpalony w Olimpii - w razie gdyby zgasła po drodze pochodnia) zaczął nerwowo patrzeć na zegarek. Potem podszedł do konferansjera coś mu tłumaczył pokazując zegarek. I rzeczywiście po chwili, gdy kolejny zespół zaczął wchodzić na scenę, odezwał się konferansjer zamykając imprezę. "Mistrz ceremonii" zapalił od znicza pochodnię i wręczył ją kolejnemu biegaczowi. Po chwili ogień olimpijski opuścił mury Fortecy i wyruszył w dalszą drogę w kierunku Chani. Wybiegłem z Fortecy zaraz za sztafetą i podczas gdy ona zbiegała głównym zejściem, ja pogalopowałem w przeciwną stronę, okrążając warownię dookoła. Biegnąc w tym upale czułem się jak maratończyk. I pewnie jak idiota wyglądałem, tak galopując po tych sennych uliczkach w czasie sjesty. Ale osiągnąłem to, co chciałem - po raz ostatni zobaczyłem ogień zmierzający w kierunku granic Rethymnonu.

wstecz dalej

 
STAT4U