Całodniowa wycieczka i rejs statkiem na wyspę-wulkan Nisyros. Spacer pod dnie wulkanu.

 

Wycieczka na Nisyros

Wycieczkę na wyspę Nisyros (czyt. Nisiros) wykupiliśmy u rezydentki Scana. Rozumiem ludzi, którzy mają wstręt do tak zorganizowanych wycieczek i wolą je odbywać samodzielnie. Ale w tym przypadku, podobnie jak wycieczkę do wąwozu Samaria na Krecie, lepiej odbyć w formie zorganizowanej. A to dlatego, że o ile łatwo można dostać się z Kos na Nisyros (promy z Kardameny i miasta Kos), to z portu na Nisyros nie ma za bardzo jak dotrzeć do kaldery wulkanu - dwa kursy autobusów w ciągu dnia, a taksówki na całej wyspie są podobno tylko dwie. Dla wytrwałych są szlaki piesze, dość dobrze oznakowane dzięki pomocy UE (białą farbą i kopczykami), jednak warto mieć przy sobie mapę topograficzną. Latem dwugodzinna (w jedną stronę) piesza wędrówka przez góry w upalnej i bezwietrznej (wewnątrz kaldery) pogodzie raczej nie należy do przyjemności.

Wypłynęliśmy z portu w Kardamenie około południa niewielkim promem, na który zmieściło się około setki osób i dwa samochody (z trudem). Podróż na Nisyros zajęła nam około godziny. Na kilkanaście minut przed wpłynięciem do portu Mandraki na Nisyros minęliśmy małą wyspę Giali (Yali), która w całości jest jednym wielkim kamieniołomem pumeksu. Wielkie terasy odkrywki lśniły w słońcu śnieżnobiałym blaskiem tego minerału, którego wydobycie jest głównym źródłem dochodów mieszkańców Nisyros. Z tego powodu Nisyros choć dość żyzna (gleba wulkaniczna) nie jest obecnie wykorzystywana rolniczo. Pokrywające zbocza wulkanu misternie przygotowane pod uprawy zbóż i winogron terasy z kamiennymi murkami leżą odłogiem. Ciekawostką jest też fakt, że wyspa w odróżnieniu od sąsiednich nie ma własnej elektrowni - prąd dostarczany jest podmorskim kablem z Kos. Słodka woda kiedyś dostarczana była tankowcami z Kos obecnie uzyskiwana jest przez odsalanie wody morskiej.

Według mitologii Nisyros powstała gdy jeden z pokonanych Gigantów - Poliwotis osiadł na Kos. Wówczas dopadł go nienawidzący go szczerze Posejdon i oderwawszy trójzębem od Kos kawał skały przygniótł nią Poliwotisa. Wyrywający się z spod skały Gigant powodował trzęsienia ziemi i erupcje. Nisyros jest wyspą wulkaniczną o średnicy ok. 8 km. Wewnętrzna, kolista kaldera o średnicy prawie 4 kilometrów otoczona jest wieńcem gór o wysokości dochodzącej do 700 m n.p.m. Początkowo był to typowy wulkan, z kraterem na szczycie. Kolejne wybuchy powodowały zapadanie się krateru. Kalderę w obecnej formie ukształtowała ostatnia erupcja magmowa, która miała miejsce najprawdopodobniej 15.000 lat temu - na długo przed erupcją na Santorini. Dno kaldery porośnięte jest licznymi drzewami i innymi roślinami. Niewiarygodne, że przetrwały tu na spękanej w słońcu ziemi. Jednak gleba jest tak żyzna, że minimum deszczówki zapewnia roślinom niezłą wegetację. Dlatego Nisyros nazywana jest często "zielonym wulkanem".

Największą atrakcją turystyczną wyspy jest eliptyczny krater Stefanos o średnicach 260m i 330m oraz głębokości niecałych 30m. Powstał on zapewne ok. 4-3 tysięcy lat p.n.e. Jest dość nietypowy, bo po pierwsze nie znajduje się na szczycie góry lecz w dolinie. Po drugie jest to krater hydrotermalny. Pod powierzchnią nie znajduje się roztopiona lawa, lecz zbiornik wody uzupełnianej wodą morską i deszczówką. Sięga on daleko w głąb Ziemi gdzie woda bardzo się nagrzewa zamieniając w parę o temp. 400-500ºC. Gdy ciśnienie pary przewyższy ciśnienie naciskającej z góry warstwy skał, następuje erupcja tej pary (a nie lawy) oraz błota i odłamków skalnych. Powstają wówczas kratery o średnicy nie przekraczającej zwykle 500m. Niedaleko od Stefanos znajdują się dwa mniejsze (i młodsze) kratery: Aleksandros, który odsłonił sie po trzęsieniu ziemi i erupcji w 1873r. oraz Mikros Poliwotis, który utworzyła erupcja w 1887 roku. Od tego czasu wulkan na Nisyros przejawia niewielką aktywność, głównie w postaci fumaroli i gorących źródeł na wybrzeżu. Mimo to jest wyjątkowy - jest drugim pod względem wielkości czynnym wulkanem w Europie i jednym z największych na świecie wulkanem hydrotermalnym.

Z promu przesiedliśmy się do autokaru, którym wyruszyliśmy do wnętrza wyspy. Przejazd wąskimi serpentynami z portu przez góry do dna kaldery zajął nam niecałe pół godziny. Już po wyjściu z autokaru czuło się nieprzyjemny zapach siarkowodoru ("zgniłych jaj"). Po zejściu na dno krateru zapach, a właściwie smród był już niezwykle intensywny. Ale warto było tam zejść i obejrzeć z bliska gotujące się błoto i żółte kryształy siarki wokół otworów (fumarole), z których wydobywa się gorąca para wodna i gazy o temperaturze nawet 300ºC. Dochodzące spod ziemi bulgotanie i syczenie to zapewne jęki Poliwotisa. Krajobraz na zupełnie płaskim dnie krateru przypominał surową powierzchnię Księżyca. Biało-szaro-brązowa pyląca sie skała wyraźnie odcinała się od ciemnych gór. Ściany poplamione były miejscami intensywną żółcią siarki. Zabrany stamtąd kawałek skały pokryty siarką do dzisiaj delikatnie pachnie siarkowodorem. Było tam niesamowicie gorąco. Choć w cieniu były zaledwie 33º, to całkowity brak wiatru potęgował skwar. Dodatkowo od dołu grzała powierzchnia krateru, co wyraźnie czuło się przez buty.

Z dna krateru widać było domki i kapliczkę w wiosce Nikia, znajdującej się na górskiej koronie kaldery 300 m powyżej krateru. Dotarliśmy tam autokarem po około 30 minutach. To chyba najpiękniejsza wioska, jaką widzieliśmy w Grecji. Malowniczo położona, w zachodniej części zapewnia wspaniałe widoki na dno kaldery i krater, zaś we wschodniej na wyspę Tilos. Wąziutkie strome uliczki, kilkusetmetrowe przepaście za murkami graniczącymi podwórka i przede wszystkim śnieżnobiałe ściany oraz niebieskie drzwi i okiennice, niczym na Cykladach. I cisza.... Wioska jest dziś bardzo opustoszała, ma zaledwie 30 mieszkańców, w tym jedno niemowlę. Wszystko to robiło naprawdę duże wrażenie.

Z Nikia zjechaliśmy z powrotem do Mandraki, gdzie mieliśmy 2 godziny czasu dla siebie. Wędrowaliśmy wąskimi uliczkami z placykami czy progami domów pokrytymi mozaiką z białych i szarych kamieni. Zajrzeliśmy do bogato wystrojonego kościółka. wdrapaliśmy się na ruiny twierdzy joannitów, skąd można było zobaczyć domki o nie tylko białych ścianach ale i dachach, do granic możliwości upchane między morzem a górami. Aż w końcu odpoczęliśmy w tawernie przy frape i lodach, racząc się wspaniałym widokiem na morze. Mandraki to ładne miasteczko, choć zupełnie inne niż cicha Nikia - gwarne i ruchliwe. Mimo, że wszędzie spokojnie można by dotrzeć pieszo, to mieszkańcy uparcie korzystali z głośnych skuterów. Wielu mieszkańców wyspy wyemigrowało do USA. Są też tacy, jak właściciel tawerny, w której usiedliśmy, którzy wrócili stamtąd. Za przywiezione pieniądze pobudowali właśnie tawerny czy pensjonaty nastawione jednak raczej na jedno- czy dwudniowych turystów.

Kiedy wsiadaliśmy na prom słońce właśnie chowało się za morskim horyzontem.

wstecz dalej

 
STAT4U