Po zaledwie 2 godzinach snu, od samego rana, zwiedzamy Meteory.Następnie przejeżdżamy do Delf i zwiedzamy pozostałości po ośrodku kultu Apollina

 

Dzień 4 - Meteory, Delfy

Telefon zadzwonił tuż po 7:00 - to recepcjonista chciał powiedzieć "dzień dobry". Powitał nas piękny słoneczny poranek. Z okna hotelu rozciągał się wspaniały widok na skały Meteor. Po tak wyczerpującej nocy większość z nas była podczas śniadania na wpół przytomna. Zaraz po śniadaniu zapakowaliśmy się z bagażami do autokaru i opuściliśmy Kalambakę. Po kilku minutach minęliśmy małą wioskę Kastraki i zaczęliśmy "wspinać się" stromą i bardzo wąską szosą w kierunku Meteor.

Meteora czyli "zawieszone w powietrzu". To jedno słowo oddaje doskonale niesamowitość Świętych Meteor - jednego z największych Prawosławnych Centrów Monastycyzmu w Grecji, a jednocześnie urokliwego obiektu turystycznego. Kamienny las ponad 1000 niezwykłych skał (do 400 m wysokości) położony na Równinie Tesalskiej jest jednym z cudów przyrody, niezrozumiałym geologicznie fenomenem naszej planety. Święte Meteory są na liście największych pomników ludzkości UNESCO. Od 1995r. zgodnie z ustawą Państwa Greckiego (a także postanowieniem Kościoła Greckiego od 1990r.) zostały ogłoszone "miejscem świętym, niezmiennym i nienaruszalnym". Spośród 24 klasztorów 6 jest udostępnionych turystom (jednocześnie pełniąc swoje funkcje liturgiczne).

Za oknem autobusu co chwila ukazywały się kolejne, "wiszące na skałach", klasztory. Trasa ta była namiastką tego, co przeżywaliśmy w nocy - również wąska droga, z jednej strony pionowe ściany, a z drugiej głębokie przepaście - tylko trochę w mniejszej skali, ale za to w świetle dnia. Po około pół godzinie jazdy minęliśmy klasztor Varlaam i zatrzymaliśmy się kilkaset metrów dalej, na parkingu przy Wielkim Meteorze. Monaster ten znajduje się na najwyższej i najbardziej wysuniętej skale Świętych Meteor. Wewnątrz znajduje się męski klasztor pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, założony w 1340r. przez wielkiego ascetę - św. Atanazego. Do środka prowadzi korytarz wykuty w skale i długie schodki. Potem "przebieralnia" - osoby w zbyt wyciętych podkoszulkach, krótkich spodniach i spódniczkach - czyli tak jak to zazwyczaj chodzą turyści w czasie upału - musieli się ubrać w "służbowe" piżamki. My z Madzią, mimo upału, przezornie zakuliśmy się wcześniej w "przyzwoite stroje". Potem już można było zwiedzać: wieżę z balkonem, którą niegdyś przy pomocy sieci na linie mnisi dostawali się na górę, cerkiew Przemienienia Pańskiego, spory dziedziniec, refektarz i piwnicę na wino. Główna kaplica, choć prawosławna, dla zmylenia nosi nazwę katolikon.

Nieopodal Wielkiego Meteoru wznosi się niewielki, ale zarazem imponujący, męski Monaster Varlaam powstały w latach 1517-1518. W tym klasztorze najbardziej fascynujące były nieźle zachowane freski i maleńki ogródek - kilka drzewek i krzewów, doprawdy zaskakujących w tym niedostępnym miejscu. Na przełomie XVI i XVII wieku istniała tu, jedna z najlepszych w całych meteorach, pracownia książek, a także warsztat, w którym wyszywano złotem. Z tarasu rozciąga się wspaniały widok na dolinę, inne meteory i widoczne na horyzoncie góry Pindos. Wieża wyciągowa, z której w koszu na linie podnoszono ludzi i towary posiada obecnie wyciągarkę elektryczną, a stary ręczny kołowrót pozostał jako przedmiot muzealny. Przewodnik zapytany o to jak często wymieniana była lina od kosza odparł - jak się zerwała. Dzisiaj na linie wciąga się tylko żywność i towary, choć coraz częściej stosuje się "kolejkę linową" pomiędzy klasztorem a występem skalnym przy drodze.

Wracaliśmy "na dół" inną trasą - mając możliwość podziwiania kolejnych monasterów. Każdy z meteorów jest inny. Od potężnego, majestatycznego Wielkiego Meteoru, przez mniejszy Varlaam, mały (żeński) monaster św. Stefana i maleńki Rusanu (św. Barbary, również żeński) zajmujący całą powierzchnię bardzo wysokiej i smukłej skały. Oprócz dobrze zachowanych i do dziś spełniających swoje funkcje religijne monasterów, wśród skał Meteor znajduje się jeszcze kilkanaście obiektów w mniejszym lub większym stadium ruiny oraz trudnodostępne groty i kaplice. Wszystkie meteory robią niesamowite wrażenie - zarówno z zewnątrz, w otoczeniu skał i "zawieszone na skałach" - jak i we wnętrzach. Widoki na przepaście i Równinę Tesalską nie mają sobie równych. (Zobacz więcej: Perełki Grecji - Meteory)

Meteory są kolejnym miejscem, które zaliczyłbym do trzech najbardziej fascynujących z całej wycieczki - obok wspomnianej już Wenecji i .... ale o tym później.

Z Meteor wyruszyliśmy na południowy wschód w kierunku Delf. Przez sto kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy w ponad 35° upale przez Równinę Tesalską - "płaską jak stół". To jest w Grecji charakterystyczne - obok wysokich (ponad 2 tysiące metrów) gór, których jest ponad 70% powierzchni kraju, występują tu nieliczne, czasem rozległe, równiny. Prawie brak typowej np. dla Polski formy przejściowej - pogórza i pagórków. Po drodze mijaliśmy głównie gaje oliwne i białe pola bawełny - pierwszym trofeum z wycieczki jest gałązka bawełny z białym puchem wystającym z  pękniętej torebki nasiennej. Żniwa bawełniane były w toku: ciekawie wyglądały kombajny z ładownią wypełnioną białym puchem. Oliwki w postaci surowej są obrzydliwe - cierpkie i mdłe. Z równiny wjechaliśmy od razu na stromo wznoszącą się serpentynę. W planie wycieczki mieliśmy przejazd przez Termopile i postój przy pomniku Leonidasa. Ponieważ jednak udało się umówić na popołudnie polskiego przewodnika w Delfach, zwiedzanie Delf zostało przełożone z następnego dnia na bieżący i zabrakło czasu na Termopile. Choć przejeżdżaliśmy niedaleko od tego miejsca, to jednak na górskich serpentynach stracilibyśmy zbyt dużo czasu. Początkowo trochę tego żałowaliśmy, ale później, po obejrzeniu zdjęć pomnika i wąwozu, okazało się, że niewiele straciliśmy.

Ale sama historia Termopili jest ciekawa: W 480r. p.n.e. stoczona tu została wielka bitwa grecko-perska. Kilka tysięcy Greków starło się tu z olbrzymią armią perską (setki tysięcy żołnierzy). Po kilku dniach walki Persowie zaszli przeciwników od tyłu. Większość Greków uciekła, zostali tylko Spartanie pod wodzą Leonidasa. Wierni swemu wojennemu kodeksowi, walczyli do ostatniego człowieka, próbując utrzymać 40 metrowy wąwóz pomiędzy morzem a górami (dziś 4 km od morza) - bramę do Grecji Środkowej. Dziś w Termopilach, naprzeciwko kopca-mogiły poległych wojowników, stoi monumentalny posąg króla Leonidasa, odlany z brązu w 1955r.

Po południu, po kilku godzinach jazdy górskimi drogami w masywie Parnasu, dotarliśmy do Delf. Według mitu Zeus wypuścił z przeciwnych krańców świata dwa orły, które spotkały się na niebie ponad tym miejscem, na znak, że tu jest środek ziemi. Miejsce to było od końca VIIIw. p.n.e. ośrodkiem kultu Apollina. Znajdowała się tu słynna wyrocznia - przyciągająca ludzi z całego starożytnego świata. Przybywali oni aby spytać boga jak postąpić w takiej czy innej sprawie - państwowej bądź prywatnej. Wyrocznię zlikwidowano dopiero w czasie chrystianizacji cesarstwa bizantyjskiego w IVw. n.e. Zgodnie z zapowiedzią czekała na nas przewodniczka mówiąca po polsku. Była to Greczynka polskiego pochodzenia - Evi, czyli pewnie Ewa. W Grecji trzeba mieć greckie imiona. Tak więc obcokrajowcy, przyjmujący greckie obywatelstwo muszą swoje prawdziwe imiona dostosować do greckich. Podczas zwiedzania muzeum główną uwagę należało zwrócić na różnicę między rzeźbami archaicznymi - statycznymi i niezbyt proporcjonalnymi, a idealnie proporcjonalnymi i pełnymi dynamizmu klasycznymi. Faktycznie było to widoczne. Dalej były ruiny Świętego Kręgu Apollina (świątynia Apollina, Święta Droga, skarbce, teatr i stadion rzymski). W starożytności, wzdłuż Świętej Drogi, która prowadziła do świątyni Apollina, stało około 3000 posągów oraz skarbce, w których poszczególne miasta-państwa składały daniny. Ze świątyni pozostało tylko kilka kolumn i fundamenty. W czasie naszego pobytu rekonstruowano akurat Skarbiec Ateńczyków, wzniesiony w podziękowaniu za zwycięstwo nad Persami pod Maratonem. Teatr na 5000 widzów, zbudowany przed 2500 laty, jest jednym z najlepiej zachowanych w Grecji, choć nie może się oczywiście równać z tym w Epidauros. Odbywały się w nim igrzyska pytyjskie, w czasie których w szranki stawali dramaturdzy i poeci, oraz wielkie zebrania. Do stadionu rzymskiego, zbudowanego na miejscu poprzedniego - greckiego, musieliśmy iść sami - greccy przewodnicy niechętnie go pokazują, jako pozostałość po najeźdźcach - Rzymianach. Wapienna widownia stadionu (z okresu rzymskiego) zachowała się w bardzo dobrym stanie - jak widać to na zdjęciu. Stadion ma bieżnię o długości 178 m i mógł pomieścić 7 tysięcy widzów. Odbywały się na nim zawody w czasie igrzysk pytyjskich. Nagrody w zawodach były wyłącznie honorowe - każdy zwycięzca otrzymywał wieniec z wawrzynu i prawo do własnego posągu na terenie sanktuarium. Ze stadionu zostaliśmy "wyproszeni" gwizdkami dozorców - kończył się czas zwiedzania kompleksu.

Wyrocznia delficka była medium, za pośrednictwem którego wierni mogli usłyszeć głos Apollina. Słowa wypowiadała kapłanka zwana Pytią (niemłoda zresztą). Szukający rady i pomocy płacili daninę i składali ofiary ze zwierząt na ołtarzu, a potem, za pośrednictwem kapłanów, przedkładali swe pytania bóstwu. Pytia była wprowadzana w trans. Wywoływał go dym z odpowiednich kadzideł lub naturalny gaz, wydostający się ze szczeliny w ziemi, nad którą było jej siedzisko. Wypowiedzi interpretowali kapłani, ale były one niejasne i dwuznaczne, tak aby zawsze się spełniały. Np. król Lidii Krezus spytał wyrocznię o rezultat zamierzonej wyprawy na Persję. W odpowiedzi usłyszał, że jeżeli zaatakuje i przekroczy rzekę, to spowoduje upadek wielkiego państwa. Krezus wyruszył na wojnę licząc na upadek Persji - w rzeczywistości przekroczył rzekę Halys i upadło wielkie państwo, ale własne Krezusa. Ktoś inny pytał wyrocznię jakiej płci narodzi mu się potomek. Uzyskał odpowiedź: "syn nie córka". Jeśli urodził się chłopiec miało to znaczyć: "syn, nie córka", ale jeśli urodziła się dziewczynka miało to oznaczać: "syn nie, córka". Wyrocznia była więc zawsze górą, a zawiedzeni pytający zarzucali sobie złą interpretację przepowiedni. Evi opowiedziała jeszcze wiele innych interesujących przepowiedni Pytii oraz mitów związanych z Delfami, ale nie sposób tu o wszystkim pisać. (Zobacz więcej: Perełki Grecji - Delfy)

Wieczorem pojechaliśmy do odległego o kilka minut drogi miasteczka - Delf i zakwaterowaliśmy się w bardzo przyzwoitym hotelu w centrum. Zdobyłem kolejne trofea: nasiona olbrzymiej, rozłożystej palmy, rosnącej przy małej kawiarence. Pod koniec listopada już 16 z ponad 30 sadzonek miało kilkucentymetrowe pędy. A z balkonu hotelu nazrywaliśmy garść migdałów - w bardzo twardej skorupce, ale już dojrzałych i wyśmienitych w smaku.

wstecz dalej

 
STAT4U