Całodniowy rejs statkiem na sąsiedną wyspę - Alonisos

 

Rejs na Alonisos

Alonisos, to najbliższa sąsiadka Skopelos (oddziela je szeroka na 4km cieśnina) - nieco mniejsza, słabiej zaludniona i zdecydowanie mniej popularna. Wiele jej obszarów jest niezamieszkałych, wręcz dzikich. Bardzo ucierpiała podczas trzęsienia ziemi w 1965r. Wraz z otaczającymi ją wodami i małymi wysepkami (w większości bezludnymi) należy do Morskiego Parku Narodowego Alonisos-Sporady Północne, który ma na celu ochronę zagrożonych wyginięciem fok (mniszka śródziemnomorska) oraz innych gatunków zwierząt (np. delfiny butlonose, żółwie bałkańskie). Jedyną wycieczką, którą zdecydowaliśmy się wykupić u rezydentki - Niny - był całodzienny rejs na tę wyspę (66€ z lunchem na pokładzie). Niestety prognoza pogody (już tydzień wcześniej) na dzień, w którym mieliśmy popłynąć na Alonisos, była kiepska - miało padać, a nawet mogła być burza. Przyjmując rezerwację wycieczki pani Nina była jednak optymistką i twierdziła, że na Skopelos pogoda potrafi się zmienić z godziny na godzinę. A w razie czego była możliwość przeniesienia rejsu na kolejny dzień. Jeszcze dzień wcześniej, wieczorem potwierdziliśmy SMS-em, że wycieczka się odbędzie, chociaż zbierało się na deszcz. Na szczęście burza przyszła w nocy - rano było jeszcze bardzo pochmurno, ale zaczynało się przejaśniać. Co do pogody, rezydentka nie pomyliła się.

Rankiem, kilka minut przed wyznaczoną porą odjazdu, czekaliśmy sami na szosie przy hotelu. Kiedy 15 minut po czasie autokar nie pojawił się, zadzwoniliśmy do rezydentki - była bardzo zdziwiona. Błyskawicznie jednak zorganizowała dodatkowy transport. Okazało się, że mniej więcej o czasie, przejechał obok nas nieoznakowany bus, ale nawet nie zwolnił, bo kierowca z jakiejś przyczyny nie miał nas na liście. Kiedy więc dowiózł do portu w Agnodas uczestników, wrócił tylko po nas :) Na szczęście nie wypływaliśmy z Chory - z Panormos do Agnodas jest zaledwie 9km (15min), więc spóźniliśmy się „tylko” pół godziny. Ale statek, którym mieliśmy płynąć, spóźnił się jeszcze bardziej, więc nikt na nas nie musiał czekać :) Wraz z 50 innymi osobami wypłynęliśmy w rejs statkiem, większym od tego, którym płynęliśmy ze Skiathos. Miał zamontowane dwa maszty, tak że z daleka wyglądał na jacht. Wypływając z zatoki Agnodas minęliśmy znany nam już Przylądek Amarantos i wzdłuż urokliwego, południowego wybrzeża popłynęliśmy w kierunku Alonisos. Kawałek dalej mijaliśmy „Smoczą rozpadlinę” (Drakontoschisma). Według legendy, Święty Reginus goniąc przez dłuższy czas smoka, który porywał niewiasty i dzieci, zagonił go w tym miejscu na skraj wyspy. Smok spadając do morza złapał się brzegu wyszarpując w nim tę wielką rozpadlinę. To intrygujące miejsce - da się tam dojechać szutrową drogą, choć trudno trafić, bo nie ma żadnych drogowskazów. Na szczycie klifu stoi mała kapliczka poświęcona Św. Reginusowi - jest w niej prymitywny obrazek pokazujący jak walczy on ze smokiem.

Gdy płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu Skopelos, wydawało nam się, że statkiem mocno buja. Przewodniczka powiedziała jednak, że mocno, to będzie bujać w cieśninie, gdzie bez osłony hula północny wiatr. I miała rację - wiało straszliwie, a statkiem rzucało jak łupiną orzecha. Przynamniej tak się nam, szczurom lądowym, wydawało. Kilka osób nawet uzewnętrzniło objawy choroby morskiej, ale my się trzymaliśmy. W cieśninie pomiędzy Skopelos, a Alonisos, są dwie małe wysepki: większa, to Wyspa Św. Jerzego (gr. Agios Georgios), natomiast ta mniejsza, według mapy, nazywa się Mikro czyli Mały. Nasza przewodniczka jednak na obie mówiła „Duży George” i „Mały George” ([dżordż]). Po nieco ponad godzinie, dotarliśmy do Alonisos - teraz płynęliśmy wzdłuż jej południowo-wschodniego brzegu. Alonisos z tej perspektywy wygląda trochę podobnie do Skopelos - choć też jest zielona, to drzew sosnowych jest mniej, za to więcej oliwek i krzewów (makia). Ale zasadnicza różnica to kolor skał: zamiast białych (lub jasnoszarych) wapiennych klifów, widzieliśmy głównie beżowe i jasnobrązowe (choć też wapienne). Wysoko na szczycie góry widoczne były zabudowania starej Chory - zwiedzimy ją w powrotnej drodze. W połowie południowo-wschodniego wybrzeża nasz statek odbił na wschód, kierując się na sąsiednią wyspę Peristeria. Ta już wygląda jak typowa wyspa grecka - spalona słońcem, z rzadka porośnięta drzewami, a głównie krzewami. Ma pośrodku śmieszne przewężenie (jak klepsydra), szerokie na zaledwie 200m. Niedaleko tego miejsca stanęliśmy na kotwicy w zatoczce z wrakiem. A właściwie z dwoma, bo z tyłu za pierwszym, przy brzegu, znajduje się całkowicie zatopiony wrak innego statku (drewnianego). Mogliśmy wyskoczyć za burtę wprost z pokładu i ponurkować wokół obydwu wraków - zdecydowało się na to ok. 15 osób. Wraki nie mają jakiejś ciekawej historii. Wiadomo tylko, że kilka lat temu najpierw zatonął ten mniejszy, drewniany statek (początkowo trochę wystawał ponad powierzchnię), a jakiś czas później utknął na skałach drugi, stalowy (duża jego część wystaje ponad wodą). Zapewne stało się to przy złej pogodzie, ale kto wie, co tu zdarzyło się naprawdę.

Czasami statek płynie dalej, na bezludną wysepkę Kira Panagia, z małym klasztorem, do którego trzeba wspiąć się stromymi schodami. Właściwie nie wiem, czemu tym razem tam nie popłynęliśmy (dopiero po powrocie zobaczyłem, że jest to w programie). Z zatoki z wrakami popłynęliśmy z powrotem na Alonisos. Zakotwiczyliśmy ok. 150-200m od brzegu przy charakterystycznym, trójkątnym przylądku Agios Dimitrios (na zdjęciu po prawej). Tu już wszyscy mieli dostać się na brzeg, więc zostali przewiezieni pontonem z silnikiem, na kilka razy. Chętni (tylko ja ;) mogli popłynąć wpław. Mieliśmy ponad godzinę na plażowanie i kąpiel w bardzo czystej wodzie. Alonisos słynie z tej czystości morza, być może jest to konsekwencją założonego tu Parku Narodowego i ograniczonego ruchu statków? Podczas takiego rejsu można podobno spotkać chronione tu ssaki: delfiny i mniszki. Nam jednak, jak na razie, nie chciały się pokazać. W niewielkim barze przy plaży kupiliśmy sobie frappé (tylko 2,5€) i mogliśmy skorzystać z leżaków na plaży. Słońce, szum morza, zimna frappé... nie chciało się stamtąd wracać. Po powrocie na pokład załoga podała przygotowany wcześniej lunch - pieczone mięso, makaron, ziemniaki, warzywa i owoce. No i oczywiście wino. Ponieważ znów jako jedyny wracałem na statek wpław, kręciłem się wokół stołu/bufetu jeszcze mokry, w samych kąpielówkach. A reszta wycieczki konsumowała jak cywilizowani ludzie. Ale co tam...

Po posiłku rozpoczęliśmy powrót w kierunku Skopelos. Ale to jeszcze nie był koniec naszej wycieczki. Po około 45 minutach dotarliśmy do portu Patitiri. Gdy w 1965r. trzęsienie ziemi uszkodziło wiele domów w położonej wysoko nad portem Chorze, większość mieszkańców przeniosła się tutaj. Z mało znaczącej osady port Patitiri przekształcił się wkrótce w nową stolicę Alonisos. Większość domów ma mniej niż 50 lat. Betonowe konstrukcje z płaskimi dachami miały być odporniejsze na trzęsienia, ale nie są one zbyt ładne. Trochę więcej uroku mają bary i tawerny położone wzdłuż nabrzeża. Jednak nas w Patitiri zainteresowało coś zupełnie innego niż architektura miasteczka - młoda foka baraszkująca na plaży! Na nabrzeżu zebrał się spory tłumek turystów, ale foczka nic sobie z nich nie robiła, a wręcz jakby pozowała do zdjęć, wiercąc się na kamieniach, albo pływając tuż przy brzegu. Podobno to stały bywalec - około 2-letni samiec nazywany „Billy”. Zupełnie nie bała się ludzi, a nawet zaczepiała ich, łapiąc za kąpielówki tych, którzy mimo zakazu zbliżania się, podpłynęli za blisko. Mniszka śródziemnomorska jest najbardziej zagrożonym wyginięciem ssakiem w Europie. Jeszcze 20 lat temu żyło ich około 800, a obecnie to zaledwie 300 - 400 sztuk. Największym skupiskiem tych fok jest Morze Egejskie - żyje tu około 200 osobników (w kilku innych miejscach Grecji, Chorwacji i Turcji po zaledwie 10-20 sztuk). Utworzony tu w 1992r. Morski Park Narodowy Alonisos-Sporady Północne, to najstarszy w Grecji i największy morski park narodowy w Europie. Jego obszar wynosi 2.220 km² i oprócz wód obejmuje wyspę Alonisos, sześć mniejszych wysp (Peristera, Kira Panaja, Giura, Psatura, Piperi i Skandzura), a także 22 niezamieszkane wysepki. Na wodach wokół tych wysepek panuje cisza i zakaz pływania na silniku – tam właśnie, w podwodnych jaskiniach, kryją się płochliwe foki (najwięcej przy wyspie Piperi). Samice rodzą jedno młode raz na dwa lata, a ich mała populacja jest bardzo wrażliwa na wszelkie zakłócenia spokoju. Powstanie obszaru chronionego i zakaz w nim rybołówstwa, stopniowo poprawiło sytuację mniszek - ich liczba w ostatnich latach przestała spadać, a jest szansa na wzrost. Okoliczni mieszkańcy też są zadowoleni, bo zakaz połowów uderzył głównie w wielkie kutry, przypływające tu z innych regionów Grecji. W morzu jest teraz więcej ryb - nie tylko dla fok, ale i tubylców. Choć prawdopodobieństwo spotkania fok na morzu jest niewielkie, to zdarzają się takie osobniki - jak „Billy” - które przełamują wrodzony lęk i pojawiają się na portowych plażach. Wyspa Alonisos bardzo jest związana z parkiem narodowym (tu jest siedziba rezerwatu), co widać choćby po pamiątkach, których głównym motywem graficznym są foczki.

Niechętnie odchodzimy od foczki. Małym autobusem wjeżdżamy na pobliską górę, na której szczycie rozłożona jest Chora - dawna stolica wyspy (czasem nazywana też „Starą Chorą” - Paleo Chora, albo Alonisos). Miasteczko, prawie niewidoczne od strony morza, wisi na stromym zboczu ponad wąskimi, przypominającymi fiordy zatoczkami, zaledwie 4km od Patitiri. Większość zabytkowych domów nabyli (podobno „za grosze”) cudzoziemcy (głównie Niemcy i Brytyjczycy), a także zamożni Grecy z kontynentu. Zostały one starannie odnowione, a ich różnokolorowe, pastelowe elewacje znacznie odbiegają od wyspiarskich standardów. Pomiędzy domami sporo jest zieleni. Chora uzyskała nieoficjalny status wakacyjnej wioski. Obecnie liczy około 200 stałych mieszkańców, wśród których zapewne niewielu jest tych, których rodziny żyły tu przed trzęsieniem. Prowadzą tu małe pensjonaty, sklepiki z pamiątkami i kawiarnie. Od głównej, nieco skomercjalizowanej ulicy, odchodzi sieć zaułków, w których stoją autentyczne, opuszczone, zabytkowe domy w różnym stopniu zniszczenia. Ale ta mieszanka odbudowanych domów i sąsiadujących często z nimi ruin, ma swój niepowtarzalny urok. Przepiękne widoki na morze i otaczające wyspy jeszcze tego dopełniają. Większość turystów wędruje głównymi ulicami, albo zatrzymuje się w tawernach, skąd mogą podziwiać widoki. A my zapuszczamy się w te najwęższe uliczki, pamiętające jeszcze czasy sprzed trzęsienia ziemi.

Wracamy autobusem do portu i wyruszamy w powrotną drogę na Skopelos. Wiatr w cieśnienie jest jakby mniejszy, albo już przywykliśmy do niego i do fal. Płynęliśmy teraz do portu w Skopelos, przecinając cieśninę w poprzek. Po niecałej godzinie dotarliśmy do Chory - po raz drugi mogliśmy przyjrzeć się jej uroczej starówce. Szybki transfer busem przez góry i po niecałej pół godzinie byliśmy z powrotem w hotelu. Niby cały dzień byliśmy wożeni - statkiem, busami, a tylko Chorę na Alonisos zwiedzaliśmy na własnych nogach, ale trochę zmęczyła nas ta urocza wycieczka. Jeszcze przed kolacją, z przyjemnością poszliśmy popływać w naszej zatoce.

wstecz dalej

 
STAT4U