Okolice hotelu Dion na Riwierze Olimpijskiej

 

Okolice hotelu i plaża

Okolice hotelu

Hotel leży w miejscowości Limani Litochoro (limani znaczy port, który rzeczywiście znajduje się w pobliżu). Kilkaset metrów od hotelu przebiega autostrada Saloniki-Ateny, a wzdłuż niej stara droga, wąska ale bez problemu korzystają z niej autokary. Do miasteczka Litochoro jest około 8 km - można tam dojechać autobusem (około 1 euro od osoby) z pobliskiego przystanku. Do nadmorskiej Leptokarii jest około 15 km, a dotrzeć tam można autobusem (z przesiadką w Litochoro) lub bezpośrednio taksówką (15 euro za kurs). Do Katerini jest prawie 11 km i kursuje autobus, podobnie jak do Litochoro. Z ciekawych miejsc w najbliższej okolicy warto wymienić masyw Olimpu i wąwóz Enipeas, miejscowośc Dion (5 km, stanowisko archeologiczne), wieś Agios Pandeleimonas. Hotel dysponuje wypożyczalnią samochodów, ale w upale lepiej (i taniej !) jeździć klimatyzowanymi autokarami wycieczkowymi. Zwłaszcza, że oznakowanie mniej ważnych dróg pozostawia wiele do życzenia, a mapy nie są zbyt precyzyjne. Biuro podróży organizuje kilka wycieczek fakultatywnych, m.in. do Salonik, Waterlandu (koło Salonik), Delf i Aten, Meteorów oraz objazdową - po najbliższej okolicy (Olimp, Enipeas, Litochoro, Pandeleimonas). Wycieczki są naprawdę warte polecenia. Ponieważ to sam środek Riwiery Olimpijskiej, to wokół hotelu są same plaże (głównie kamieniste), pensjonaty (gr. domatia), kampingi, tawerny itp. Jedyny sklep (oprócz oczywiście hotelowego) mieścił się kilkadziesiąt metrów od hotelu i nie był zbyt drogi, jak mogłoby sugerować jego położenie. Na większe zakupy trzeba wybrać się do okolicznych miasteczek lub do Salonik (jest nawet specjalna wycieczka z hotelu do Salonik - tylko na zakupy).

Morze i plaża

Hotel leży przy samej plaży, szerokiej w tym miejscu na około 20 metrów. Plaża jest niestety żwirowo-kamienista. Poza terenem należącym do hotelu, plaża jest znacznie węższa (kilka metrów) i całkowicie kamienista. Odcinek przed hotelem wyglądał tak, jakby na kamienie ktoś nawiózł kilkadziesiąt wywrotek żwiru, bo pod cienką wartwą piasku też były kamienie. Do opalania i kąpieli w morzu za bardzo to nie przeszkadza, gdyż i tak trzeba chodzić w jakimś obuwiu (klapki), bo kamienie i piach strasznie się nagrzewają. Ale gorzej gdy dziecko zechce zbudować zamek lub coś podobnego z piasku. Choć z wierzchu widać piasek, to łopatki nie da się za bardzo wbić. Musieliśmy więc zmienić technologię i zbudować warownię z kamieni. Do opalania są leżaki i parasole - identyczne jak nad basenem, ale nietety płatne: leżak 2 euro/dzień, parasol 1 euro/dzień. Można też leżeć na materacu, bezpośrednio na kamieniach, ale materac długo tego nie przetrzyma (gorące kamienie). Wejście do morza też było kamieniste, dopiero po kilku metrach zaczynał się piach. Woda nieco zimniejsza niż w basenie (23-24ºC) i bardzo słona. Zarówno plaża, jak i morze, w części należącej do hotelu były bardzo czyste. W wodzie z brzegu pływało trochę glonów, ale wszystkie wyrzucone na brzeg były sprzątane. Na szczęście nie trafiliśmy na żadne jadowite organizmy typu jeżowiec czy meduza. Woda była czysta, choć nie tak przezroczysta, jak poprzedniego roku w Tolo, czy koło Sunion. Z przyjemnością trochę sobie ponurkowałem, tym razem uzbrojony w okulary pływackie. Choć jadąc tam wiele obiecywaliśmy sobie po kąpielach morskich, to w praktyce w większości przypadków kąpaliśmy się w basenie. Głównie ze względu na bardzo słoną wodę i kamienisty brzeg. Ale czasem przyjemnie było popływać po południu, gdy wzmagał się wiatr i fale stawały się dość duże. A i leżenie na plaży w otoczeniu szumu morza i lekkiej bryzy, było miłą alternatywną dla muzyki serwowanej nad basenem. Mimo konieczności płacenia za leżaki, plaża cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem, głównie rodzin bez dzieci. Dzieci na dłuższą metę preferowały jednak basen.

Nietety poza częścią należącą do hotelu plaża nie wyglądała rewelacyjnie. Wąski, kilkumetrowy pas kamieni był niezbyt czysty. Walały się tam sterty rozkładających się lub wyschniętych glonów, które morze wyrzuciło na brzeg oraz zwyczajne śmieci, też prawdopodobnie wyrzucone przez fale. Kilkakrotnie wybraliśmy się na długi spacer brzegiem morza. Idąc na północ od hotelu natkneliśmy się na mały port rybacki, osłonięty falochronem (z kamieni oczywiście). Stało tam kilka ładnych jachtów turystycznych i kilkanaście małych łodzi rybackich. Zarówno łodzie, jak i otoczenie portu przytłaczało biedą. Ale prawdziwa bieda widoczna była około kilometra dalej. Nad samym brzegiem morza znajdowała się mała osada rybacka (kilkanaście) "domów". Domki te właściwie należałoby nazwać barakami, z dykty i blachy. Wyglądało to jak slumsy w miniaturze. Nad dachami sterczały anteny telewizyjne. Być może to tylko sezonowe mieszkania, ale mimo to sprawiały przygnębiające wrażenie. Na plaży leżało kilka wyciągniętych łodzi motorowych, przeważnie w nie najlepszym stanie. Rybacy ślęczeli na sieciami, naprawiając je po nocnych połowach. Trochę to przypominało widoki zapamiętane z pobytu w Jastarni, ale nasi rybacy (ich domy i łodzie) prezentowali się znacznie lepiej. Po raz pierwszy w Grecji miałem okazję zobaczyć przepaść między najbiedniejszymi mieszkańcami tego pięknego kraju, a "typowymi" Grekami, których widzieliśmy zwiedzając Helladę w ubiegłym roku. Takiego wizerunku Greków nie znajdzie się w przewodnikach. Kapitalizm jest okrutny, aż strach bierze co stanie się z polskimi rybakami, rolnikami etc. po wejściu do Unii Europejskiej. Ale spacer też miał bardziej kolorowe efekty - znaleźliśmy bardzo dużo muszelek, o ciekawych kształtach i kolorach. Niektóre z nich przypominały znalezione nad Bałtykiem, ale były znacznie większe. Część z nich musieliśmy jednak odrzucić, bo miały mieszkańca - małego kraba - i nie zawsze udało nam się namówic go do opuszczenia mieszkanka. Po kilku spacerach kolekcja muszli stała się dość pokaźna. Na południe od hotelu było mniej muszelek, a plaża była dość czysta. Wybrzeże nie było już zupełnie płaskie - kilka metrów od brzegu zaczynało piąć się w góre, początkowo łagodnie, a po kilkuset metrach dotarliśmy do stromego klifu. Na górze były kampingi i domatia, stąd więcej też było plażowiczów - prawie wyłącznie Greków. Napotkane tu pojedyncze zabudowania rybackie, miały podobny charakter do opisanych wcześniej, choć wyglądały troszkę lepiej.

Przez ostatnie 2 dni mieliśmy na morzu asystę okrętu wojennego, zakotwiczonego kilka mil od brzegu. Możliwe, że miało to związek z bezpieczeństwem podczas obchodzonego przez sojusznika Grecji (USA) Dnia Niepodległości.

wstecz dalej

 
STAT4U