Z opóźnieniem (po stłuczce) dojeżdżamy do Wenecji. W oczekiwaniu na następny prom do Grecji, zwiedzamy Wenecję na własna rekę.

 

Dzień 2 - Wenecja

Granicę w Cieszynie przekraczaliśmy około 4 rano. Na odprawę czekaliśmy około pół godziny. Nawet nie dostaliśmy pieczątki do paszportu. Podobnie było na granicy czesko-austriackiej (już było widno), ale tam zaliczyliśmy pieczątkę - jedyną w czasie całej wycieczki. Niedługo potem przejechaliśmy Wiedeń - niewiele dało się zobaczyć, gdyż całe centrum przejeżdżało się długim tunelem. Ale przedmieścia Wiednia wyglądały już po "zachodniemu". Dalej cały czas autostradą - liczyłem słupki i mierzyłem czas - wyszła mi prędkość 100-110 km/h - nie najgorzej jak na autokar, ale większość innych autokarów nas wyprzedzała - zwłaszcza później w Alpach. Za Graz zaczęły się alpejskie krajobrazy i tunele. Tunele były rewelacyjne - od kilkusetmetrowej długości do ponad trzykilometrowego, oświetlone, przeważnie wentylowane. Czasem było widać, poprzez szyby serwisowe, drugi tunel dla przeciwległego kierunku ruchu. I co mnie zaskoczyło - tunele nie były proste - najczęściej wygięte w łuk lub nawet kilka i biegnące w górę lub w dół - tak jak gdyby był to obudowany kawałek normalnej autostrady.

Od rana zaczęły się spekulacje - co z promem. Mieliśmy ponad 6 godzin opóźnienia, na skutek wymiany szyby - praktycznie nie było szans, aby zdążyć na prom z Wenecji o 13:00. Pilotka była w stałym kontakcie z biurem greckiego armatora i miała różne koncepcje na dotarcie do Grecji, między innymi - pojechać dalej do Ankony (ok. 300 km) i stamtąd promem do Grecji. W końcu stanęło na tym, że "przebookuje" (tak to nazywała) nasze bilety na następny prom o 24:00 z Wenecji, ale formalności miała załatwić dopiero w porcie weneckim.

Granica austriacko-włoska, położona w pięknej alpejskiej dolinie, była już czysto umowna, tzn. przejazd był swobodny, a wszystkie budynki pozostałe po dawnym przejściu granicznym - zamknięte na głucho. Na pierwszym postoju we Włoszech pierwsza niespodzianka - włoskie toalety na stacjach benzynowych są płatne. Na szczęście pani jak zobaczyła banknot o wysokim nominale i zrozumiała, że się z nami nie dogada, odpuściła sobie opłatę.

Do Wenecji dotarliśmy około godziny 16 po przebyciu ponad 1,5 tysiąca kilometrów. Cześć lądowa Wenecji - Mestre to typowe nowoczesne miasteczko przemysłowe. Wenecję właściwą, położoną na ponad 100 wysepkach, łączy z częścią lądową ponad 3,5 kilometrowa grobla, którą poprowadzona jest autostrada i linia kolejowa. Po przebyciu grobli dotarliśmy do portu. Oczywiście po naszym promie nie było już śladu (raczej kilwater'a). Po "przebookowaniu" biletów okazało się, że prom odpływający o północy, jest nowocześniejszy i szybszy, więc dotrzemy do Igoumenitsy zaledwie 2-3 godziny później niż było to planowane - czyli praktycznie nadrobimy opóźnienie. Zamiast dwóch noclegów na promie mieliśmy spędzić jeden, ale niestety na fotelach lotniczych, bo wszystkie kabiny były zajęte. Na osłodę obiecano nam, że za różnicę w cenie biletów zjemy obiad na promie. Tak więc generalnie na tym opóźnieniu nie wyszliśmy źle, a dodatkowo mogliśmy spędzić całe popołudnie i wieczór w Wenecji. Zostawiliśmy więc bagaże w autokarze i poszliśmy grupą w kierunku miasta. Przy Piazzale Roma była pętla autobusów miejskich (połączenie z Mestre) oraz wielki parking wielopoziomowy - dalej można było poruszać się wyłącznie pieszo lub kanałami (gondole, taksówki wodne, a na wielkich kanałach również tramwaje wodne).

Nigdy nie byłem wcześniej w Wenecji (tej włoskiej - bo w polskiej byłem wielokrotnie). I doznałem szoku. Wyobrażałem sobie, że będzie to kilkanaście kanałów, kilkadziesiąt mostków - tak do obejścia w godzinkę - jak starówka w Gdańsku lub w Warszawie. Tymczasem to moloch. Średnica głównego skupienia wysepek ma około 3 km. Ale klucząc zaułkami pokonuje się znacznie większy dystans. Przydatna jest chociaż najbardziej ogólna mapka. Główne szlaki turystyczne (między innymi z Piazzale Roma do Mostu Rialto lub Placu Św. Marka i z powrotem) są oznakowane drogowskazami na murach. Czasem drogowskazy pokazuję ten sam cel w różnych kierunkach - dając wiele możliwości przejścia pomiędzy tymi samymi punktami. Ale drogowskazy są tylko na szlaku - gdy się z niego zejdzie to łatwo zabłądzić - tak jak my podczas drugiego pobytu w Wenecji (wracając z Grecji). Kierując się drogowskazami dotarliśmy, po około pół godzinie, do Mostu Rialto - największego i najbardziej znanego z prawie 400 mostów Wenecji. Zbudowany został w XVIw. z marmuru nad centralna częścią Canale Grande. Przez Most Rialto prowadzi najkrótsza droga lądowa z Piazzale Roma do Placu Św. Marka. Po krótkim postoju na moście poszliśmy dalej w kierunku Placu Św. Marka. Zaczynało się ściemniać. Po około 15-20 minutach ciągłego kluczenia w wąskich uliczkach rozświetlonych bajecznie kolorowymi witrynami sklepów dotarliśmy do placu. Na robienie zdjęć było już zbyt ciemno. W drodze powrotnej do autokaru szliśmy już indywidualnie - było więcej czasu na rozglądanie się dookoła i satysfakcja z samodzielnego wyszukiwania drogowskazów. Wracaliśmy również przez Most Rialto. Środkiem mostu biegną dwa ciągi małych sklepików - świecących w ciemnościach kolorowymi witrynami. Nie jestem w stanie powiedzieć czy wracaliśmy tą samą drogą czy inną. Niektóre mijane obiekty były takie same, ale inne wyglądały jakbyśmy je widzieli pierwszy raz. To było wspaniałe. Atmosfera ciasnych uliczek, zakamarków, kanałów i mostków była niesamowita. Madzia, która już wcześniej była w Wenecji, też była zachwycona - pierwszy raz miała teraz możliwość samodzielnego wędrowania po tym mieście, bez przewodnika i to po zmroku. Gdybym miał wymienić trzy miejsca, które najbardziej zafascynowały mnie podczas całej wycieczki, to bez wahania jako jedno z nich wybrałbym Wenecję. Do portu dotarliśmy około 2 godzin przed odpłynięciem promu. Była jeszcze okazja zrobienia sobie nocnej fotki na tle grobli.

Około 23:00 zaokrętowaliśmy się na statek Prometeusz linii Minoan. To jedna z najszybszych jednostek na tej trasie (około 33 węzłów, czyli prawie 60 km/h). Prom był nowy - zwodowany rok wcześniej, a przyjęty na służbę w liniach greckich w 2001r. Ciekawostką jest fakt, że producentem promu jest koreański Samsung. Ulokowaliśmy się całą grupą w jednej z sal z fotelami lotniczymi. Z pokładu można było obserwować odcumowanie od nabrzeża i wypłynięcie na Adriatyk - przez kanał portowy biegnący pomiędzy Wenecją a Lido - doskonale widoczne były, jasno oświetlone, charakterystyczne kompleksy zabytków, między innymi okolice Placu Św. Marka - potem prom porzucił asystę holownika i skręcił na pełne morze.

wstecz dalej

 
STAT4U