Wycieczka na plażę Wai (Vai) na wschodnim krańcu Krety.

 

Plaża Vai i Zakros

Plaża Vai

Po trzech dniach wycieczek drogę do Agios Nikolaos znaliśmy już na pamięć. Ostatniego dnia wybraliśmy się spod naszego hotelu w przeciwną stronę i dalej na północny wschód. Przez wyżynne tereny pomiędzy dwoma masywami górskimi jechaliśmy w kierunku północnego wybrzeża i Sitii. Droga nie była aż tak kręta jak do Lassithi, więc 35 km odcinek pokonaliśmy w 45 minut. Do Sitii nie wjechaliśmy, omijając centrum obwodnicą. Myślałem, aby zatrzymać się tu na dłużej w powrotnej drodze, ale wracaliśmy zupełnie inną trasą. Mogliśmy więc tylko z daleka podziwiać skąpaną w słońcu białą zabudowę miasta, wznoszącego się nad granatowymi wodami zatoki. Dalej droga prowadziła na wschód, wzdłuż wybrzeża Morza Kreteńskiego. Za Analoukas szosa skręciła w głąb lądu i zaczęła piąć się w górę. O ile na odcinku Makrigialos-Sitia mijaliśmy chociaż sporadycznie miejscowości, a w dolinach widać było gaje oliwne, to teraz jechaliśmy przez tereny praktycznie bezludne. Jedynie wśród wzgórz pokrytych kamieniami i kwitnącymi na fioletowo szarozielonymi kępami tymianku, w kilku miejscach usiłowały paść się kozy. Gdyby nie te krzaczki tymianku, to czulibyśmy się jak na pustyni kamienistej. Z góry mogliśmy krótko obserwować piękne wybrzeże i pobliskie wyspy, ale niebawem droga zaczęła opadać w dół. Zjechaliśmy z głównej drogi kierując się drogowskazem na Vai.

Po kilku minutach skręciliśmy w jeszcze węższą drogę, a  za oknami zaczęły pojawiać się pierwsze palmy. Po chwili jechaliśmy już wzdłuż gęstego gaju palmowego. Na parking dotarliśmy po godzinie i 15 minutach od wyjazdu z Makrigialos (60km) i tam czekało nas pierwsze zaskoczenie - parking był prawie pusty. Plaża też okazała się bezludna - nie licząc jednej pary - mało kto dociera tutaj przed godziną 10:00. Początkowo trochę się rozczarowałem słynną plażą Vai. W przewodnikach reklamowana jest jako do złudzenia przypominająca plaże karaibskie, więc spodziewałem się, że palmy będą schodzić do samej wody, a między nimi a morzem zobaczę złociutki piaseczek. Karaiby to Karaiby. W rzeczywistości zarośla palmowe przy jednym krańcu zatoki dochodzą na kilka metrów do morza, ale ktoś zagospodarował ten odcinek na stoliki pobliskiej tawerny. Dla klientów tawerny - super pomysł, ale dla pozostałych turystów - trochę mniej. Natomiast dalej linia palm oddala się od morza na kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. Sama plaża jest piaszczysta, również w wodzie, choć w niektórych miejscach w wodzie są głazy. Jak na greckie plaże ta jest bardzo ładna. Woda niestety była zimna - o wiele zimniejsza niż w Morzu Libijskim w Makrigialos.

Jednak plaża Vai w końcu zaczęła mi się podobać, kiedy po schodkach wdrapaliśmy się na południowy punkt widokowy. Widok stamtąd był naprawdę porażający - nie tylko powyginane wiatrem palmy nad brzegiem morza, ale przede wszystkim wspaniała zatoka, ze szmaragdowym kolorem morza - wprost nie do opisania. Zwłaszcza oglądana przez okulary ze szkłami polaryzacyjnymi. Drugie miłe zaskoczenie miało miejsce po wdrapaniu się na północny punkt widokowy, leżący dalej od morza, w głębi gaju palmowego. Stamtąd z kolei widać było całą dolinę porośniętą palmami i "młodnik" z niedawno posadzonymi drzewkami. Najbardziej fascynujące dla mnie jest to, że w bardzo surowej, skalistej okolicy jest wąska dolinka, długości niecałego kilometra, łagodnie schodząca do wybrzeża i cała porośnięta palmami. Nigdzie na wschodnim wybrzeżu nie ma miejsca z zagajnikiem (choćby oliwek) w pobliżu morza. Nieliczne plantacje oliwne są dolinach, w części południowo-wschodniej, dalej od morza. Tymczasem tu zaskakuje nie tylko taka ilość drzew, ale dodatkowo to, że są to palmy daktylowe. Gatunek tej palmy rośnie tylko tutaj, więc opowieści o tym, że drzewa te wyrosły z pestek daktyli wyplutych przez biwakujących tu piratów lub egipskich żołnierzy raczej należy schować między bajki. Szkoda tylko, że poza wąskim pasem przybrzeżnym, reszta palmowych zarośli jako rezerwat ogrodzona jest płotem, ale pewnie gdyby nie płot, to setki tysięcy turystów przewijających się tu rocznie zadeptałyby palmy. Obecnie plaża i  przylegające do niej gaje palmowe są własnością pobliskiego klasztoru Moni Toplu. Granice rezerwatu zmieniały się w ostatnich latach, ze względu na spory właścicieli gruntów. Każdy nowy fragment doliny dołączony do rezerwatu jest natychmiast zalesiany, a palmy odrastają tu błyskawicznie.

Ruiny w Zakros

Z Vai pojechaliśmy na południe - do Zakros. Droga ponownie wiodła przez dzikie, bezludne tereny. Monotonny krajobraz urozmaicały farmy wiatraków widoczne na wzgórzach. Drogi zupełne puste - turyści rzadko zapuszczają się w te rejony Krety, a miejscowi odpoczywali - przecież to pora sjesty. Z  Ano Zakros (Górne Zakros) stromą drogą zjechaliśmy nad samo morze do Kato Zakros (Dolne Zakros). Znajdują się tu ruiny czwartego (po Knossos, Fajstos i Malii) pałacu minojskiego. Podobno ze względu na ustronne położenie pałac ten nie został mocno ograbiony i odnalezione tu dzieła sztuki (m.in. misterne wazy i kielichy z brązu, kamienia i kości słoniowej) zasiliły muzea w Heraklionie i Sitii. Na miejscu jednak niewiele jest do oglądania - chyba ruiny Gourni są w lepszym stanie. Z charakterystycznych pozostałości można wymienić umywalkę w łaźni oraz cysterny na wodę pitną. W czasie wykopalisk odkryto rytualną studnię wypełnioną wodą źródlaną, a w niej miseczkę z oliwkami liczącymi ponad 3 tys. lat. Oliwki zostały zjedzone przez archeologów - podobno smakowały wybornie. Dzisiaj w tych studniach i cysternach zamieszkują żółwie słodkowodne. W odkopanym skarbcu odkryto m.in słynny ryton (naczynie do mieszania wina z wodą) z kryształu górskiego, który widzieliśmy kilka lat wcześniej w muzeum w Heraklionie. Eksponat został umiejętnie złożony z ponad 300 kawałków. Myślę, że większą od wykopalisk atrakcją byłby spacer pobliską Doliną Umarłych - wąskim, tonącym w zieleni wąwozem, pełnym grot i jaskiń, którego wylot znajduje się blisko morza. Niestety nie mieliśmy już na to czasu (wycieczka z okolic Ano Zakros do Kato Zakros zajmuje ok. 2 godzin). Przy pobliskiej plaży działa kilka tawern - i to wszystko co obecnie jest w Kato Zakros. Droga tu się kończy, więc musieliśmy wracać tą, którą przyjechaliśmy wcześniej.

Gdy wdrapaliśmy się ponownie do Ano Zakros mieliśmy opcję: albo wracamy tą samą drogą na północ do Sitii, a stamtąd z powrotem na południowy-zachód do Makrigialos, albo pchamy się od razu na południowy-zachód przez góry. Ta druga możliwość wydawała się nam ciekawsza, jednak posiadane przez nas mapy wskazywały na drogi gruntowe, i to górskie. Zarówno pani w naszej wypożyczalni aut, jak i recepcjonistka w hotelu twierdziły, że nie da się tędy przejechać. Jednak inna pani w hotelowej wypożyczalni twierdziła, że z Zakros do Xerokambos i dalej do Ziros jest nowa droga asfaltowa, nawet naniosła ją nam długopisem na mapce. Postanowiliśmy zaryzykować. Rzeczywiście odcinek dość prostej drogi do nadmorskiej osady Xerokambos wyglądał jakby dopiero co był wyasfaltowany. Teren nie był już tak odludny jak wcześniej - co jakiś czas mijaliśmy gaje oliwne i pojedyncze domki. Z góry widać było malownicze zatoczki, plaże i wysepki przy Xerokambos. Żadnych hoteli, co najwyżej małe pensjonaty - miejsce to nie zostało jeszcze odkryte przez masową turystykę. A swoją drogą nazwa Xerokambos dosłownie znaczy "suche pole" lub "sucha równina", co dość wiernie określa tę okolicę.

Za Xerokambos droga serpentynami pięła się pod górę. Wzdłuż szosy, ale na skróty, ścinając serpentyny, biegła linia elektryczna. Widoczne wysoko w górach słupy pokazywały nam jak wysoko musimy się jeszcze wdrapać. Wokół znów nastało pustkowie - tylko kamienie i krzaczki tymianku. Po drodze wyminęliśmy zaledwie kilka aut jadących w dół. Pod górę oprócz nas i jednego miejscowego auta nikt się nie pchał. Zaczęliśmy zastanawiać się czy to był dobry wybór, ale nasze wątpliwości stłumiły przepiękne widoki z drogi na wybrzeże - zatoki Xerokambos i dalsze. I podobnie jak na Vai - morze o cudownej szmaragdowej barwie. Najwyższy punkt tej trasy osiągnęliśmy w pobliżu zakamuflowanej wojskowej bazy radarowej - potem już było tylko z górki. Gdy byliśmy już blisko wybrzeża, przez chwilę widać było dymiące (ale bez przesady) kominy nowej elektrowni w Atherinolakkos. Po kilkunastu minutach dojeżdżaliśmy szosą wzdłuż morza do Makrigialos. Z drogi najbardziej rzucały się w oczy i szpeciły krajobraz liczne foliowe cieplarnie, błyszczące się z daleka w słońcu.

wstecz dalej

 n</p>

          </td>
         </tr>
        </tbody>
       </table>
          </article>
     </div><!--/.col-sm-9 col-md-10 col-lg-10 -->
    </div><!--/.row (2)-->
    <div class=

 
STAT4U