Wąwóz Samaria leży w Górach Białych, w południowo-zachodniej części Krety. Uchodzi on za najdłuższy wąwóz Europy. Opis wycieczki wąwozem

 

Wąwóz Samaria

Co to za miejsce ?

Wąwóz Samaria (Faragi Samaria) leży w Górach Białych (Lefka Ori), w południowo-zachodniej części Krety. Uchodzi on za najdłuższy wąwóz Europy. Oficjalnie liczy 18 km długości, jednak dwa pierwsze kilometry nie są udostępnione dla turystów. Z całej 16 km trasy, w obrębie Parku Narodowego Samaria, utworzonego tu w 1962r., turyści mają pieszo do pokonania 13 km, a następnie jeszcze prawie 3 km nadmorską równiną do wybrzeża Morza Libijskiego. Jeśli jednak uwzględni się, że pierwsza część trasy nie biegnie w linii prostej, tylko zygzakami to pieszej wędrówki jest zapewne więcej. Ale trasa wędrówki nie biegnie tylko w linii poziomej - trzeba zejść w dół ponad 1200 m (do poziomu morza). Turyści najczęściej pokonują szlak wąwozu w kierunku morza, zdarzają się jednak tacy, którzy maszerują w kierunku przeciwnym. Jest też tzw. skrócona trasa przez Wąwóz Samaria - turyści dowożeni są promem do wylotu wąwozu i stamtąd wchodzą na około 2 km w głąb Parku Narodowego. Jednak najpopularniejsza (i najciekawsza) jest trasa całym wąwozem, w dół - w kierunku morza. Zajmuje to przeważnie 5-6 godzin bez odpoczynków.

Jedziemy na wycieczkę do wąwozu

Na wyprawę do Samarii zabraliśmy się z lokalnym biurem podróży Delta Net (dorośli 38 €, dzieci połowę). Trasa autokarem z Rethymnonu początkowo biegnie wzdłuż wybrzeża "autostradą" w kierunku Chani. Po mniej więcej godzinie skręcamy w górską drogę, tak wąską, że autokar ledwie się na niej mieści. Droga jest strasznie kręta i stroma, ale dla greckich kierowców to codzienność. Przed każdym zakrętem kierowca trąbi, aby ostrzec pojazdy mogące jechać z przeciwka. Zakręty dochodzą nawet do 180º, a urwiste przepaście metr od drogi robią niesamowite wrażenie. Po niecałych 2 godzinach docieramy do miejscowości Omalos, na płaskowyżu o tej samej nazwie, leżącej na wysokości ponad 1200 m n.p.m. Tam ostatnia wizyta w normalnej toalecie w tawernie (te na szlaku są prymitywne i brudne) i około 11:10 docieramy do początku szlaku. Wejście na szlak (i do Parku Narodowego) jest w miejscu nazywanym Ksyloskala (1227 m n.p.m.). Nazwę tę tłumaczy się najczęściej jako "drewniane schody". Bilet wstępu do Parku kosztuje 5 € (do 15 roku życia wstęp bezpłatny) i ma on dwa odcinki kontrolne. Pierwszy odrywany jest przy wejściu do Parku, a drugi przy wyjściu. Po przeliczeniu tych odcinków strażnicy będą wiedzieli czy nikt z turystów nie pozostał w Parku (nocowanie jest zabronione). Na odwrotnej stronie biletu jest prymitywna (orientacyjna) mapka szlaku i punktów postojowych.

Ksyloskala - drewniane schody

Kilka zdjęć z tarasu widokowego w kierunku początkowego odcinka wąwozu i zaczynamy zejście po "drewnianych schodach". Tak naprawdę to szlak w niczym nie przypomina schodów - raczej stromą kamienną ścieżkę, co kilka metrów przeciętą drewnianymi belkami. Mimo, że jest sucho kamienie są śliskie i ruszają się - trzeba bardzo uważać. Szlak zygzakiem schodzi w dół doliny. Wokół gęsty las sosnowy, przetykany rozłożystymi cyprysami (chyba żeńskie) i wysokimi skałami. Po prawej widać wysoki szczyt Gingilos - 2080 m n.p.m. Szlak, również w dalszej części, przypomina bardzo szlaki tatrzańskie. Jest tu jednak bardzo gorąco i sucho. Nawet w cieniu nie czuje się chłodu czy orzeźwiającej wilgoci. Dobrze, że chociaż trochę wieje. Za to strumyki i źródełka nie są lodowate - można się spokojnie napić. My na szlak zabraliśmy dużo wody, ale jak się okazało - niepotrzebnie, bo co 1-2 km są miejsca postojowe (widokowe), gdzie można uzupełnić wodę. Lepiej jest zabrać więcej kanapek! Inna różnica w stosunku do "naszych" szlaków to dochodzące niemal z każdego drzewa głośne koncerty cykad.

Pierwszy odcinek to intensywne zejście w dół. Na długości około 4 km schodzimy 800-900 metrów. Wokół las prawie się nie zmienia. Pojawiają się sporadycznie wielkie krzewy obsypane fioletowymi kwiatkami. Widoczne w dole koryta strumieni są wyschnięte. Po drodze mijamy dwa punkty wypoczynkowe z toaletami. "Pilnuje" ich strażnik Parku, a w pobliżu przywiązany jest osiołek - jedyny środek transportu zarówno dla worków ze śmieciami, jak i poważniej kontuzjowanych turystów. Punkty postojowe wyposażone są w sprzęt gaśniczy. Choć wszędzie są tabliczki zakazu palenia, to pożar w tak suchym i niedostępnym miejscu byłby tragiczny w skutkach. Kilka razy mijamy turystów idących w przeciwnym kierunku. Nie wyglądają najlepiej - zasapani i zalani potem. Jednak lepiej jest schodzić w dół...

Agios Nikolaos

Po około dwóch godzinach docieramy do strażnicy Agios Nikolaos (Święty Mikołaj). Tam zatrzymujemy się na trochę dłużej (20 min.) aby zjeść pierwszą porcję kanapek. Apetyt dopisuje. Według mapki na bilecie przeszliśmy prawie 4 km (i zeszliśmy około 1 km w dół). Obok szlaku mała kapliczka św. Mikołaja. Dalej szlak zrobił się mniej stromy i równiejszy, tak więc można mniej patrzeć pod nogi, a więcej rozglądać się dookoła. Kilkakrotnie przekraczamy łożysko strumienia - początkowo wyschnięte, teraz z leniwie płynącymi strumykami. Pojawia się więcej kwitnących krzewów i drzew liściastych (głównie platany), a cykady "grają" mniej intensywnie. Co ciekawe, na ziemi nie ma typowej dla Polski ściółki czy trawy. To, co początkowo wziąłem za wyschniętą trawę, okazało się dywanem z wyschniętych igieł sosnowych, leżących bezpośrednio na ziemi.

Dopiero teraz zaczynamy zauważać "kamienie milowe" - niskie drewniane słupki z metalowym oznaczeniem liczby przebytych kilometrów. Około 14:00 mijamy słupek informujący, że przeszliśmy 6 km. Niedługo potem wychodzimy z lasu i naszym oczom ukazuje się niecodzienny, zabawny widok. Kamienista polana (a potem następne), na której stoją setki (a może tysiące?) kamiennych "bałwanów", jeden przy drugim. Ułożone przez poprzednich turystów kilkudziesięciocentymetrowe słupki z kamieni wyglądają zabawnie. Więc i my pozostawiamy po sobie "pomniczek".

Wioska Samaria

Dalej wędrujemy mniej zacienioną ścieżką, skrajem koryta rzeki Tarras. Niebawem zauważamy pierwsze kamienne zabudowania i most (kamienno-betonowy). Docieramy do niezamieszkałej już wioski Samaria - to około 7 km od początku trasy. W czasach panowania Wenecjan na Krecie powstał tu mały kościółek pod wezwaniem Błogosławionej Marii - Ossia Maria. Z czasem nazwa uległa skróceniu i pozostała "Samaria", dając miano wiosce i całemu wąwozowi. Po wyzwoleniu kościółek przejęli prawosławni, a cudowna ikona została przeniesiona z czasem do jednego z klasztorów na półwyspie Atos. Z braku czasu nie zwiedzamy kościółka, gdyż wymagałoby to nadłożenia drogi (znajduje się po drugiej stronie głębokiego choć suchego koryta rzeki). Zadowalam się więc mniejszą kapliczką leżącą przy szlaku.

Po utworzeniu w tym miejscu Parku Narodowego mieszkańcy (głównie drwale) opuścili kamienne domostwa, które od ponad pół wieku są niezamieszkane. Dziś to już tylko ruiny kamiennych budynków i ogrodzeń. Dla potrzeb turystów utworzono tu miejsce odpoczynku i punkt medyczny. Po wiosce biegają kozy Kri-Kri - największy dziko żyjący ssak na Krecie. W odróżnieniu od kóz hodowanych przez Kreteńczyków, zamiast długiego i gęstego futra mają krótką, brązową sierść. Gdyby nie długie szablaste rogi, to można by je wziąć za sarny.

"Stalowe wrota"

Opuszczamy Samarię. Teraz szlak jest zupełnie inny - wędrujemy wreszcie typowym wąwozem górskim, wzdłuż koryta rzeki, w otoczeniu wysokich skał. Im dalej w głąb, tym robi się coraz ciaśniej. Wysokie na kilkaset metrów ściany wąwozu zdają się zbliżać do siebie, a szerokość dna zmniejsza się do kilkudziesięciu metrów. Wędrujemy już korytem wyschniętej rzeki. Woda w tym miejscu bywa tylko podczas jesiennych i zimowych deszczy i wiosną, gdy topią się śniegi z najwyższych szczytów. Mijamy kolejne wąskie przejście, zastanawiając się czy to "to" najwęższe w całym wąwozie? Na wszelki wypadek uwieczniamy je na zdjęciu. Ściany wąwozu mienią się różnymi kolorami i pasiastymi wzorami. Aż się nie chce wierzyć, że płynąca przez tysiące lat woda wyżłobiła tak głęboki wąwóz.

Na chwilę opuszczamy koryto rzeki i wędrujemy lasem, po lewej stronie. Na 10. km ostatni punkt postojowy. Jest już po 16:00 - zatrzymujemy się na ostatni posiłek na szlaku, dość wygłodzeni. Znów wychodzimy z lasu i wędrujemy dnem, które pomału zaczyna napełniać się wodą. Przyspieszamy kroku - głupio byłoby spóźnić się na statek o 18:00, bo to ostatni. Wreszcie na około 11,5. km docieramy do miejsca, w którym widok zapiera dech. Tym razem nie mamy wątpliwości, to Sideroportes czyli "Stalowe Wrota" - najwęższe miejsce w całym wąwozie. Przesmyk ma na dole nieco ponad 3 metry szerokości, a ściany wznoszą się ponad 300 metrów w górę (wg niektórych nawet 500 m). Czasu mało, ale zdjęć trzeba zrobić dużo, z różnymi nastawami, aby można było potem wybrać najlepsze. (Turyści idący skróconą trasą od wybrzeża docierają do tego miejsca i wracają z powrotem.) Około 17:00 opuszczamy wrota, a wąwóz szybko rozszerza się w rozległą równinę. Nie ma tu żadnego cienia, ale słońce o tej porze nie jest już tak uciążliwe. Mijamy słupek 12 km, a niedługo potem docieramy do bramy Parku Narodowego. Według mapy i słupków przeszliśmy 13 km, ale jeśli uwzględni się, że początkowo trasa biegła zygzakami, to nasze nogi przeszły więcej. Strażnik leniwie odrywa drugi odcinek biletu, a my już galopujemy dalej w kierunku portu.

Agia Roumeli

Ale czy to na pewno dobra droga? Idziemy wąskim przejściem między płotami działek dawnej osady Agia Roumeli. Wokół beczą kozy i owce. A jednak to dobra ścieżka - po około kilometrze rozszerza się w betonową drogę. Po jakimś czasie w oddali widać już horyzont morski. Do portu Agia Roumeli docieramy za 15 szósta. Widać już prom zbliżający się do przystani. Szybkie zakupy jedzonka w "markecie" i z całą wielojęzyczną rzeszą ładujemy się na prom. To jedyny środek transportu łączący wioskę z resztą wyspy. Oczywiście nie licząc drogi wąwozem, którą właśnie przeszliśmy (i lądowiska helikopterów ratowniczych). Bilet na prom kosztuje 4,6 €, dzieci 6-12 lat płacą połowę, a jeszcze młodsze płyną za darmo.

A na promie widzimy ludzi o różnym stopniu zmęczenia: od spokojnie sączących drinka do rozłożonych plackiem na siedzeniach i śpiących. My trzymamy się dzielnie, ale buty już trzeba zdjąć bo prawie zrosły się ze stopą. Płyniemy po Morzu Libijskim, u południowych wybrzeży Krety. Jest tu zupełnie inna linia brzegowa niż na północy wyspy. Praktycznie brak plaż, tylko skały, stromo opadające do morza. Nieliczne kamieniste zatoczki dostępne są tylko od strony morza. Na parę minut zawijamy do portu Loutro - małej osady z białymi domkami na skalnych półkach. Tu też można dotrzeć tylko statkiem. Po godzinie docieramy do przystani w Hora Sfakia, a dalej jedziemy autokarem do Rethymnonu - znowu serpentynami przez Góry Białe.

Osobiście uważam, że nie ma na Krecie miejsca, które mogłoby się równać Wąwozowi Samaria - nawet Knossos czy Rethymnon. Mimo, że mam na koncie sporo wędrówek po Tatrach, ta była naprawdę wyjątkowa. Gorąco polecam przejście tej trasy, najlepiej zorganizowaną wycieczką. Całkowity koszt dla osoby dorosłej wyniósł około 45 €. Należy tylko pamiętać o solidnej porcji kanapek, butelce wody (można uzupełnić po drodze), może też o nakryciu głowy (nie wszędzie jest cień) i dobrych butach. Nam wystarczyły "adiddasy" ale spotkaliśmy też osoby w górskich butach "za kostkę". Maciek jak na swoje 8 lat trzymał się bardzo dzielnie, ale wyprawy z dziećmi przedszkolnymi raczej nie polecam. To w końcu ponad 6 godzin marszu w upale, po bardzo nierównej drodze. Mimo zmęczenia, "zakwasów" i kłopotów z chodzeniem przez następne dwa dni warto było się tam wybrać - wrażenia są niepowtarzalne.

Zachęcam też do zapoznania się z wrażeniami z ponownej wycieczki do Wąwozu Samaria w 2017r.

wstecz dalej

 
STAT4U