Cały dzień spędzamy na promie w drodze do Igoumenitsy. Niestety to nie na ten prom mieliśmy rezerwacje, więc nie mieliśmy własnych kabin. W nocy docieramy do Kalambaki

 

Dzień 3 - na promie

Poranek obudził mnie pięknym wschodem słońca. Prometeusz płynął rzeczywiście dość szybko. Na pokładzie strasznie wiało - głównie na skutek dużej szybkości statku - płynął najprawdopodobniej około 45-50 km/h (skoro dystans około 1000 km dzielący Wenecję od Igoumenitsy pokonał w niespełna 22 godziny). Ale był to ciepły wiatr. Niebo było bezchmurne. Przed południem byliśmy gdzieś na wysokości Rzymu, ale brzegu z żadnej strony nie było widać. Czasem na odległym horyzoncie zamajaczyła sylwetka innego statku - poza tym morze było stosunkowo gładkie. Większość dnia spędziliśmy wygrzewając się na słońcu, skryci przed wiatrem w różnych zakamarkach pokładu, czytając i wałęsając się po promie. Po ostatnich dwóch dniach, pełnych wrażeń i spędzonych w niewygodnych pozycjach, była to miła odmiana - zwłaszcza, że robiło się coraz cieplej.

Po południu zaliczyliśmy obiecany obiad - był nawet niezły - w ekskluzywnej restauracji. Poza nami nie było tam nikogo - większość pasażerów korzystała z tańszego baru samoobsługowego. Czterech stewardów było więc do naszej dyspozycji. Sklep wolnocłowy na promie nie był zbyt bogato zaopatrzony, ale faktycznie nie było tam drogo - zwłaszcza alkohole. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję skosztować greckiego specjału - anyżówki, zwanej tu OUZO. Około 40% słodka wódka z bardzo silnym aromatem i smakiem anyżu jest bardzo dobra, ale raczej nie w dużych ilościach. Potem, w Grecji dowiedziałem się że jest na to rada - rozcieńczyć wodą - przybierze wówczas mleczną barwę i smak jest mniej uciążliwy.

Późnym popołudniem z lewej burty pojawiły się wysokie góry - pasma Gór Dynarskich w pobliskiej Albanii. Wieczorem pojawił się ląd z prawej strony - znak, że nasz "rejs" dobiega końca - znaleźliśmy się pomiędzy wyspą Korfu a stałym lądem. Do Igoumenitsy zawinęliśmy późnym wieczorem. Wyokrętowanie poszło dość sprawnie, choć trochę zaskoczyło mnie, że prom posiada tylko jedne wrota dla pojazdów - na rufie. Kierowcy TIR'ów i autokarów wjeżdżali tam tyłem, a wyjeżdżali przodem. W promach którymi płynąłem do i z Szwecji były wrota na dziobie i na rufie, dzięki temu samochody zawsze wjeżdżały i wyjeżdżały przodem.

Tuż przed północą wyruszyliśmy autokarem w głąb Grecji do odległej o 200 km Kalambaki. Już kilka kilometrów od portu droga zaczęła się wznosić stromym zygzakiem w górę. Musieliśmy przekroczyć pasmo gór Pindos - przez przełęcz na wysokości ponad 1.600 m n.p.m., a następnie zjechać na dół - do Kalambaki. Droga była strasznie wąska - z jednej strony pionowa ściana skalna, a z drugiej - za wąziutkim poboczem i czasem dodatkowo metalową barierką - kilkusetmetrowe przepaście. Z przeciwka jechały prawie wyłącznie TIR'y - była to jedna z głównych tras tranzytowych z Włoch w głąb Grecji i dalej do Turcji, omijająca "niepewne" Bałkany. Lusterka TIR'ów momentami mijały naszą szybę o kilkadziesiąt centymetrów. Zwłaszcza kłopotliwe były zakręty - autokar, w przeciwieństwie do ciężarówek, nie "łamał się" w środku i większość zakrętów musiał "ścinać". Paradoksalnie pomagały tu ciemności - z daleka widać było czy za zbliżającym zakrętem nadjeżdża inny pojazd. Większość pasażerów nie zmrużyła oczu.

Po drodze mijaliśmy Janinę - stolicę Epiru - miasto znane choćby z epizodu o zabiciu Alego Paszy, opisanym w "Hrabim Monte Christo". Janina prezentowała się uroczo, tysiącami świateł widocznych w przepaści kilkaset metrów pod nami, a także skupiskami światełek na otaczających ją zboczach Pindos - prawdopodobnie małych osad lub wiosek. Janina leży nad jeziorem, w którym dodatkowo odbijały się światła miasta. Widoki były przepiękne - szkoda, że nie mogliśmy zobaczyć tego w świetle dnia. Kilka razy widoczna była w dole nowo budowana Autostrada Egnatia z ponad 70 tunelami, która za kilka lat znacznie skróci przejazd z wybrzeża w głąb kraju. Przejechanie 200 km górzystych serpentyn zajęło nam około 5 godzin. Kładliśmy się spać w hotelu w Kalambace ze świadomością, że za 2-3 godziny wstaniemy na śniadanie.

wstecz dalej

 
STAT4U