Opis pobytu w hotelu Dion Palace w 2002r. Od tego czasu hotel został znacząco przebudowany i unowocześniony.

 

Hotel Dion

Hotel

Hotel Dion od samego początku zrobił na nas jak najlepsze wrażenie. To niezbyt duży, zadbany obiekt położony z dala od większych miejscowości, za to nad samym morzem, z pięknym widokiem na Olimp. Wymarzone miejsce dla osób szukających spokoju.

Już na wstępie zostaliśmy "zaobrączkowani". Założono nam na ręce plastikowe opaski, dające dostęp do bezpłatnego wyżywienia w ramach oferty: "all-inclusive" czyli po naszemu: "wszystko w cenie". Było to niezmiernie wygodne, zwłaszcza poza trzema typowymi posiłkami w restauracji - przez cały dzień można było korzystać z napojów i przekąsek w jednym z dwóch barów. Zwłaszcza ten położony przy basenie miał dogodną lokalizację. Do opasek szybko się przyzwyczailiśmy, choć zapewne idiotycznie wyglądaliśmy w nich na wycieczkach do okolicznych miejscowości, czy do Salonik. Gośćmi hotelu byli przeważnie Niemcy (około 90%), Polacy (około 8-9%) oraz nieliczni Włosi i Grecy. Tak więc obsługa traktowała wszystkich jak Niemców i często trudno było się porozumieć po angielsku. Na szczęście pamiętałem jeszcze trochę z lekcji niemieckiego. Obsługa hotelowa była rewelacyjna, kelnerzy w restauracji sprawnie się uwijali, a cały teren hotelu był codziennie gruntownie sprzątany, łącznie z basenem. Jedno co można zarzucić hotelowi, to duże ilości much w restauracji (klimatyzowanej), utrudniających jedzenie - bo jak tu jeść spokojnie i jednocześnie zganiać owady z siebie i jedzenia.

Wyżywienie

Jedzenie było wyśmienite. Obiad i kolacja praktycznie nie różniły się obfitością, tylko śniadanie było lżejsze. Wszystkie posiłki były w formie bufetu szwedzkiego. 6-7 garów z gorącymi potrawami i ze dwa razy tyle z sałatkami. Do tego desery i owoce. Prawie wszystkie potrawy były typowo greckie, ale nie sposób stwierdzić jak się nazywały i co w sobie zawierały. Na szczęście dla nas było stosunkowo mało owoców morza. Sałatki były zawsze takie same, ale potrawy gorące rzadko się powtarzały. Bardzo dobre były potrawy z makaronu - zawsze w pierwszym garze - ale w najróżniejszych postaciach: od typowego spaghetti do różnego rodzaju zapiekanek. Z ciekawszych potraw były jeszcze duże papryki i pomidory nadziewane ryżowym farszem, naleśniki z małżami (smakowały dopóki nie zajrzałem do środka), smażone kalmary (dość dobre w smaku, ale gumowate). Potrawy mięsne były głównie z baraniny/jagnięciny i cielęciny. Przez pierwszy tydzień chcieliśmy spróbować wszystkiego chociaż po odrobinie. W rezultacie dochodziliśmy do stolika z pełnymi talerzami, a do pokoju wracaliśmy ze zbyt pełnymi żołądkami. Dobrze, że można było wyszaleć się potem w wodzie i na zajęciach sportowych. W drugim tygodniu daliśmi sobie trochę luzu z jedzeniem, choć nigdy nie podarowałem gołąbków z ryżu zawiniętego w liście winogron (dolmades), czy cacyków. Cacyki (gr. tzatziki), to coś w rodzaju mizerii z drobno utartych ogórków, ale nie w śmietanie tylko gęstym jogurcie. Do tego dodaje się trochę czosnku, kopru i pieprzu oraz octu winnego i oliwy. Podaje się to na chłodno jako sos. Wyśmienite. Po powrocie do kraju kilkakrotnie przyrządzaliśmy cacyki - nawet z niezłym rezultatem, choć niestety raz przesadziłem z czosnkiem i musiałem prawie wszystko zjeść sam. Kusiło mnie też zrobienie dolmadów (zdobyłem przepis), ale nie wiem czy nadają się do tego dowolne liście winogron. Wolałem więc nie ryzykować. Do obiadu i kolacji było wino (bez ograniczeń) i woda (mało kogo interesowała). Obawaliśmy się, że Maciek będzie wybrzydzał na greckie jedzenie, ale na szczęście zawsze było coś, co mu smakowało. Jadł jednak strasznie wolno, więc Niemcy z sąsiedniego stolika pytali się, co to znaczy "jeeedz, jeeedz !", bo głównie to słyszeli z naszego stolika. Generalnie można powiedzieć, że grecka kuchnia bardzo przypadła nam do gustu (zwłaszcza sałatki) i pewnie trzeba będzie poszukać jakiejś greckiej książki kucharskiej. I jeszcze jedno: ouzo, jako lokalny trunek, serwowany bezpłatnie i bez ograniczeń, zaprzyjaźniło się ze mną - czesto spędzaliśmy razem wieczory, spoglądając na Olimp. Podane "mit eis" smakuje znacznie lepiej niż solo lub z wodą. Myślę, że przyjaźń nasza potrwa trochę dłużej, bo przywiozłem ze sobą kilka butelek różnych gatunków....

Wieczór Grecki

Dwukrotnie załapaliśmy się na wieczór grecki. Różnił się on od zwykłej kolacji tym, że stoły z jedzeniem wystawiano na zewnątrz, ustawiono dodatkowo grila, a kelnerzy przebrani w narodowe stroje (chyba macedońskie) zabawiali nas tańcami. Do tego muzyka grecka (szkoda, że nie na żywo tylko taśmy), bezpośredni udział gości w zabawie (zwłaszcza Niemcy chyba mają zabawę we krwi) i fajna atmosfera. Było to chyba ciekawsze przeżycie niż wieczór grecki w ateńskiej tawernie w czasie naszego poprzedniego pobytu. Impreza była bardziej amatorska i spontaniczna, ale dzięki temu nie przytłaczała komercją. Jeśli o mnie chodzi, to taki wieczór mógłby być co drugi dzień. Zwłaszcza, że Maciek zapatrzony w rozbawionych tancerzy i biesiadników pałaszował kolację w ekspresowym tempie.

Basen

Basen ze słodką wodą był główną atrakcją hotelu. Długi na 20 metrów i głęboki od 1,3 do 3 metrów cieszył się niesłabnącym zainteresowaniem dzieci i dorosłych. Dla najmłodszych obok basenu był mały brodzik. Woda w basenie była lekko chlorowana i bardzo czysta, o temperaturze 25-27 ºC. Codziennie rano pracownik hotelu "odkurzał" dno hotelu ssawką na bardzo długim trzonku (5-6 metrów). Trochę mi te zabiegi przeszkadzały, bo często jeszcze przed śniadaniem wskakiwałem do basenu na pół godzinki, aby nabrać apetytu. Wokół basenu stały do dyspozycji leżaki i parasole, ale aby z nich korzystać, trzeba było wcześnie rano dokonać "rezerwacji" (albo raczej zagarnięcia) przez rozłożenie ręcznika. Pomimo bliskości morza większość czasu spędzaliśmy nad basenem - woda morska była bardzo słona i nieco chłodniejsza, a pobliski barek kusił jeszcze dodatkowo. Maciek bez przerwy szalał w basenie: w kole, w pływakach czy na materacu. Najchętniej jednak skakał do wody, starając się jak najwięcej nachlapać dookoła. Ja spędzałem w wodzie równie dużo czasu co on, a i Madzia od czasu do czasu skusiła się na trochę ochłody.

Sport i rozrywka

Praktycznie przez cały dzień, do późnego wieczora, były organizowane zajęcia sportowe i rozrywkowe. Zaczynało się poranną gimnastyką, która bardzo przypadła Madzi do gustu. Kilka razy nawet Maciek postanowił poćwiczyć i  wytrwał od początku do samego końca (około 30 minut). W ciągu dnia były gry zespołowe: piłka wodna, siatkówka plażowa rzuty do tarczy, tenis (ziemny i stołowy). Po południu intensywny aerobic, a wieczorem przedstawienia kabaretowe i dyskoteki oraz zabawy dla dzieci i dorosłych.

wstecz dalej

 
STAT4U