Zobacz też:
Ronda to przykład tego, jak Maurowie wykorzystywali ukształtowanie terenu do obrony przed naporem chrześcijan. W całej historii Półwyspu Iberyjskiego była jednym z najtrudniejszych do zdobycia miast Andaluzji - głównie ze względu na swoje położenie geograficzne. Muzułmańskie miasto wznosiło się nad urwiskiem głębokiego wąwozu El Tajo, na którego dnie płynie rzeka Guadalevín. Z trzech stron dostępu do miasta broniły niemal pionowe skały, a z czwartej – potężny system murów obronnych wzniesionych przez Arabów, których większość przetrwała do dziś. Po rozpadzie Kalifatu Kordoby, ta niewielka twierdza przez kilkadziesiąt lat była nawet stolicą małego, ale niezależnego królestwa (taify). Panowanie muzułmańskie w mieście zakończyło się w 1485 roku, kiedy to zostało zdobyte przez wojska Królów Katolickich (w oblężeniu wsławił się m.in. markiz Kadyksu). Nowe władze chrześcijańskie rozpoczęły prześladowania wyznawców islamu, a wszystkie meczety zburzono lub przebudowano na kościoły. Z czasem, po drugiej, północnej stronie wąwozu, zaczęły powstawać nowe dzielnice – El Mercadillo (Mały Targ) i San Francisco, podczas gdy pierwotną, zbudowaną przez Maurów część nazywa się po prostu La Ciudad - (Miasto). W XVIII wieku obie strony spiął monumentalny Puente Nuevo (Nowy Most), który do dziś pozostaje wizytówką Rondy.
To również jedno z najpiękniej położonych miast w Hiszpanii. Ronda dosłownie „wisi” na pionowych skałach, rozdzielonych na pół głębokim na ponad 100 metrów wąwozem El Tajo. Nowy Most mający 98 m wysokości i 68 m długości, do dziś uchodzi za wybitne osiągnięcie XVIII-wiecznej sztuki inżynieryjnej (z poziomu ulicy wygląda zwyczajnie). Według legendy, jego architekt rzucił się z mostu w przepaść, kiedy zdał sobie sprawę, że już nigdy nie stworzy czegoś równie wspaniałego. W rzeczywistości nic takiego nie miało jednak miejsca, choć historia mostu i tak naznaczona jest tragedią. Kilkadziesiąt lat wcześniej w tym samym miejscu wzniesiono bowiem prostszą, jednołukową konstrukcję. Ta jednak zawaliła się po zaledwie sześciu latach użytkowania, grzebiąc na dnie wąwozu około 50 osób. Obecny most również kryje mroczną tajemnicę. Wewnątrz jego konstrukcji, tuż nad centralnym łukiem, znajduje się niewielkie pomieszczenie, które przez lata służyło jako więzienie. Najczarniejszą kartę zapisało ono podczas hiszpańskiej wojny domowej w latach 30. XX wieku. Okryło się wówczas złą sławą jako katownia, z której okien zrzucano pojmanych więźniów politycznych prosto na dno stumetrowej przepaści. To właśnie te makabryczne wydarzenia zainspirowały Ernesta Hemingwaya do opisania wstrząsającej sceny egzekucji w kultowej powieści „Komu bije dzwon”.
Ronda to prawdziwy raj dla fotografów, a w mieście jest kilka miejsc skąd most i wąwóz prezentują się najbardziej fotogenicznie. I to po obu stronach - to istotne ze względu na różne położenia słońca w ciagu dnia. Przy widocznej na drugim zdjęciu charakterystycznej białej „baszcie” (budynek starego transformatora) rozpoczyna się scieżka prowadząca stopniami do znakomitego punktu widokowego (i dalej, aż do dna wąwozu). Niestety wstęp na ten punkt jest płatny (5 €, w cenie wypożyczenie kasków, potrzebnych właściwie tylko przy dalszej wędrówce pod sam most), ale widoki są warte każdych pieniędzy. Lepsze ujęcia wychodzą jedynie z punktu, znajdującego się znacznie niżej, na wprost mostu, ale dojście tam wymaga znacznie więcej zachodu i czasu.
Choć most i arena są tu najsłynniejszymi zabytkami, to nie brakuje też innych ciekawych miejsc. Palacio de Mondragón to rezydencja dawnych władców arabskich, z trzema patiami, na których rosną oliwki i drzewka pomarańczowe - z uwagi na swój styl bywa nazywany „małą Alhambrą”. Wewnątrz zachowały się m.in. wspaniałe rzeźbione sufity i ceramiczne ozdoby (azulejos). W późniejszych czasach rezydowali tu też Królowie Katoliccy. Odwiedzających ciekawią przede wszystkim wspaniałe widoki na góry i miasto (mostu nie widać!). Zbudowany na fundamentach arabskiej rezydencji Casa del Rey Moro (Dom Króla Maurów) to legendarny pałac, w którym wbrew nazwie nie mieszkał żaden muzułmański władca, gdyż w czasach jego budowy, już ich tu nie było. Wnętrza są zamknięte dla turystów, ale można zwiedzać wiszące nad urwiskiem ogrody oraz La Mina („kopalnię wody”). To podziemne przejście prowadzące do rzeki, liczące 231 stopni wykutych w XIV wieku, wewnątrz pionowej skały, przez chrześcijańskich niewolników. Miejsce to miało kluczowe znaczenie dla historii miasta – to właśnie tędy wojska chrześcijańskie przedarły się do Rondy w 1485 roku. Warto odwiedzić także łaźnie arabskie z XIII/XIV wieku, zlokalizowane w dawnej dzielnicy muzułmańskiej El barrio de San Miguel – należą one do najlepiej zachowanych tego typu obiektów w całej Hiszpanii. Na uwagę zasługują też Casas colgadas (Wiszące domy), czyli kamienice po obu stronach wąwozu El Tajo, bezpośrednio przylegające do jego krawędzi. Jednym z nich jest Dom Św. Jana Bosko, założyciela zakonu Salezjanów, w którym mieści się dziś niewielkie muzeum. Choć sam święty nigdy tu nie był, a nazwa wynika jedynie z fascynacji dawnych właścicieli, to warto tu zajrzeć dla wspaniałego widoku z tarasu na wąwóz i most (zobacz: pierwsze zdjęcie). Usytuowana przy głównej ulicy miasta kompozycja z kafelków azulejos „Ronda a los Viajeros Románticos” („Ronda dla Romantycznych Podróżników”) to hołd dla XIX-wiecznych artystów epoki romantyzmu. Oprócz panoramy Rondy, zawiera ona tabliczki z cytatami słynnych pisarzy i podróżników (m.in. Lorda Byrona czy Washingtona Irvinga), będące wyrazem ich literackiego zachwytu nad tym miejscem.
Dla Hiszpanów rozmiłowanych w korridzie, Ronda ma szczególne znaczenie - uznawana jest za kolebkę współczesnego stylu walk z bykami. Korrida (hiszp. corrida de toros od correr – „biegać” oraz toro – „byk”) to tradycyjne widowisko, niezwykle popularne w Hiszpanii, związane z walką człowieka z bykiem. Według niektórych źródeł zwyczaj sprowadzili na Półwysep Iberyjski Arabowie, inne wersje mówią o Kartagińczykach lub Rzymianach. Podobno pierwsza korrida odbyła się na cześć króla Alfonsa VII w 1133 roku. Przez wieki była to rozrywka arystokracji, a w walkach brali udział nawet królowie (np. Filip IV). Wówczas torreador walczył konno, więc spektakl opierał się głównie na kunszcie jeździeckim. Same walki też nie odbywały się tak regularnie jak obecnie - organizowano je rzadko, z okazji świąt państwowych czy wesel królewskich. To, co dzisiaj kojarzymy z widowiskiem – pieszy torreador, czerwona płachta (muleta) i sformalizowane zasady – narodziło się właśnie w Rondzie, w XVIII wieku, głównie za sprawą jednej rodziny: dynastii Romero.
Na początku XVIII wieku Francisco Romero jako pierwszy zszedł z konia i zaczął walczyć z bykiem pieszo. Doszło do tego przypadkiem - jako pomocnik szlachcica musiał ratować sytuację, gdy byk powalił konia. Użył płachty, by odciągnąć zwierzę. Z czasem zauważono, że publiczność szaleje na punkcie tych momentów. Francisco zaczął więc walczyć pieszo regularnie, ale jego styl był jeszcze dość surowy i rzemieślniczy. Jego wnuk - Pedro Romero (1754–1839) - wszedł na arenę, gdy walka piesza była już znana, ale to on zamienił ją w narodowe widowisko o sztywnych zasadach estetycznych, charakteryzujące się powagą, stoicyzmem i elegancją. Toreador z Rondy stał przed bykiem nieruchomo, z wyprostowaną sylwetką, polegając wyłącznie na precyzji ruchów mulety. Ta nowa forma walki wymusiła też zmianę architektury: spektakle przeniosły się z zamykanych na czas imprezy prostokątnych placów miejskich – gdzie narożniki były dla pieszego matadora śmiertelną pułapką, a widoczność ograniczała się do balkonów kamienic – na specjalnie projektowane, okrągłe areny z wielopoziomową widownią. Pedro uczestniczył w ponad 5000 walk, zabił tysiące byków i nigdy nie został nawet draśnięty. Stał się symbolem nieśmiertelności i perfekcji, i zasłużył nie tylko na miejsce w historii korridy, ale też na pomnik w Rondzie.
Tutejsza arena, zbudowana w latach 1779–1785, wraz z Muzeum Korridy mają szczególne znaczenie - uznawana jest za jedną z najstarszych w Hiszpanii i pierwszą w całości wzniesioną z ciosanego kamienia. Mieszkańcy Sewilli uważają wprawdzie, że to ich arena była pierwsza - rzeczywiście, jej budowę rozpoczęto wcześniej, ale skończono dopiero po 120 latach! Szkoła walki z Sewilli również jest odmienna: od zawsze stawiała na dynamikę, grację, widowiskowość, wręcz „taniec” przed bykiem i plastyczne ułożenie ciała. Do dziś te dwa miasta rywalizują ze sobą o prestiż i miano stolicy tej tradycji. W Sewilli wciąż tętni żywy teatr miejski i odbywa się tam rocznie ponad 20 walk (z czego najwięcej w kwietniu i we wrześniu), podczas gdy w Rondzie widowisko organizowane jest tylko raz w roku. Tak więc arena w Rondzie to dziś przede wszystkim muzeum, zarządzane przez historyczne bractwo rycerskie, które ufundowało ten obiekt jeszcze w XVIII wieku. Coraz większa część społeczeństwa, zwłaszcza młode pokolenie, sprzeciwia się zadawaniu zwierzętom cierpienia, co sprawia, że korrida stopniowo traci na popularności, a w niektórych regionach (jak Katalonia czy Wyspy Kanaryjskie) została już zakazana. Dziś dla wielu Hiszpanów staje się ona bardziej kontrowersyjnym reliktem przeszłości niż powodem do dumy.
W 200. rocznicę urodzin, Pedro Romero doczekał się w Rondzie pomnika. To właśnie wtedy narodziła się też tradycja organizowanego raz w roku (we wrześniu) festiwalu Corrida Goyesca. Nazwa wydarzenia pochodzi od nazwiska malarza Francisco Goi, wielkiego fana korridy i przyjaciela Pedro Romero. Goya miał wręcz obsesję na punkcie walk byków i stał się ich najważniejszym kronikarzem w historii sztuki, uwieczniając je na licznych obrazach i rycinach. To właśnie z jego dzieł zaczerpnięto pomysł na unikalne stroje, w których toreadorzy występują podczas tego wrześniowego święta: luźniejsze, uszyte z aksamitu i jedwabiu, dopełnione charakterystycznymi dwurożnymi kapeluszami. Całe widowisko ma wyglądać dokładnie tak, jak na płótnach Goi. Na co dzień arenę i muzeum w Rondzie można zwiedzać (bilet kosztuje 10 €), a doskonałym punktem widokowym na wnętrze obiektu jest taras na dachu sąsiedniego hotelu Catalonia (wystarczy zamówić coś w znajdujacej się tam kawiarni). My nie mieliśmy w Rondzie takiej okazji, ale mieliśmy zaplanowane zwiedzanie areny w Sewilli dwa dni później.