Orientacyjna mapa wycieczki. Trasę pokonywaliśmy z Roqetas De Mar koło Almerii, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara.
Od kilku lat przymierzaliśmy się do zwiedzenia hiszpańskiej Andaluzji, ale zawsze w końcu wybieraliśmy coś innego (najczęściej Grecję😀). Jednak po pobycie w Maroku, kiedy dotarło do nas jak wielki wpływ na Andaluzję (przez prawie 8 wieków!) mieli przybyli stamtąd Berberowie, decyzja była już prosta. Koniecznie chcieliśmy sprawdzić, jak we współczesnej Hiszpanii wyglądają zabytki powstałe za panowania Maurów, a także późniejsze, inspirowane nimi. I przy okazji zobaczyć inne miejsca nie związane bezpośrednio z panowaniem muzułmanów.
Szukaliśmy wycieczki objazdowej o najbogatszym programie i ostateczny wybór padł na „Andaluzję wartą zobaczenia” z biura, z którym jeździmy na wszystkie objazdówki. Jak widać na mapce, w programie znalazł się też brytyjski Gibraltar, z Andaluzją związany geograficznie i trochę też historycznie. A także jeszcze jedno miejsce, nie zaznaczone na mapce, leżące pomiędzy Almerią a Grenadą - górski region Alpuhara, leżący u stóp najwyższych gór w całej Hiszpanii - Sierra Nevada.
Termin wybraliśmy nieprzypadkowo - chcieliśmy uniknąć upałów latem i opadów deszczu, które nawiedzają południe Hiszpanii od późnej jesieni do wczesnej wiosny. I prawie nam się to udało. Mieliśmy znośne temperatury, nie przekraczające 30°C, jednak trochę zmokliśmy - padało całe przedpołudnie podczas pobytu w Grenadzie, niestety akurat gdy zwiedzaliśmy Alhambrę🙁 Ale poza tym drobiazgiem wycieczka była bardzo udana. Program zrealizowaliśmy w 100%, a dodatkowo udało się „zaliczyć” kilka miejsc nie umieszczonych w programie. W dużej mierze było to zasługą świetnego pilota, pana Wojciecha. Miał wszystko przygotowane perfekcyjnie i niesamowicie ciekawie opowiadał. I to nie tylko podczas przejazdów autokarem - w kilku miastach oprowadzali nas hiszpańscy przewodnicy nie mówiący po polsku, a zamiast nich opowiadał pan Wojciech. Po Kadyksie i Sewilli oprowadzały nas Polki - duet Anna i Maria - obie na swój sposób niesamowite. Jedynym hiszpańskim przewodnikiem, który mówił do nas bezpośrednio i na dodatek dość dobrą polszczyzną, była pani Alicia (chyba?) w Maladze, którą spotkaliśmy też kilka dni później w Alhambrze, gdzie oprowadzała inną wycieczkę. Miała ciekawy sposób opowiadania i fajne poczucie humoru. A, że jak się pochwaliła, oprócz antropologii studiowała też filologię polską w Grenadzie, wystarczająco dobrze władała naszym językiem (choć z wyraźnym, wyniosłym akcentem hiszpańskim).
Wielki Meczet (La Mezquita) widziany z lotu ptaka. Foto: Wikipedia
Wycieczka nie była bardzo męcząca, a najdłuższy przejazd trwał około 2h - to niewiele w porównaniu do wielogodzinnych podróży w Maroku. Ale też obszar do zwiedzenia o znacznie mniejszej powierzchni. Po Hiszpanii jeździ się bardzo dobrze, ze względu na bardzo rozwiniętą sieć dróg szybkiego ruchu. Mało kto wie, że mają ich więcej niż Niemcy (tak!). (Hiszpania stworzyła sieć nowoczesnych autostrad w ekspresowym tempie na przełomie wieków, mocno wykorzystując przy tym dotacje unijne. W efekcie połączono takimi trasami nie tylko największe metropolie, ale też mniejsze miasta regionalne.) Jedyne co można by powiedzieć na minus tej wycieczki, to wyraźnie słabsze hotele i wyżywienie, w porównaniu np. do Włoch czy Niemiec, nie wspominając już o Maroku. Ale tego spodziewaliśmy się jeszcze przed zakupem wycieczki, ze względu na wiele tego typu opinii, które widzieliśmy przy różnych wycieczkach po Hiszpanii (i południowej Francji).
Każde z miast, które odwiedziliśmy, było interesujące. Jednak chyba największe wrażenie wywarły na nas Sewilla (po hiszp. [Sewija]) i Ronda. A z pojedynczych zabytków - chyba La Mezquita w Kordobie i Plac Hiszpanii w Sewilli. A dlaczego nie Alhambra - bardziej znana i bardziej „marokańska”? Bo tego typu bogato zdobione budowle widzieliśmy już w Maroku i to w znacznie lepszym stanie. A może dlatego, że Alhambrę oglądaliśmy w deszczu?
Inaczej niż w przypadku wycieczki do Maroka, nie zdecydowałem się na szczegółową relację z każdego dnia objazdu. Zamiast tego poniżej zamieszczam jej skrót, a na osobnych kartach obszerniejsze opisy poszczególnych miast i najciekawszych miejsc. Zdecydowanie: Andaluzja warta jest zobaczenia!
A więc w skrócie, dzień po dniu:
Puente Nuevo - widok z punktu widokowego na poziomie podstawy mostu
Roquetas De Mar - po wczesnym przylocie cały dzień pobytu w tej nadmorskiej miejscowości. Blisko do plaży i promenady oraz dużych sklepów (Aldi). Z jednej strony trochę szkoda było czasu, który można przeznaczyć na zwiedzanie, a z drugiej: chyba tak wyszło lepiej, niż dotrzeć do hotelu późnym wieczorem i wczesnym rankiem zrywać się na pierwszy dzień objazdu, jak mieli inni uczestnicy.
Malaga i Ronda. W Maladze krótkie zwiedzanie dawnej arabskiej twierdzy - Alkazaby i spacer po starówce (m.in. Plac Konstytucji). Dom, w którym urodził się Pablo Picasso widzieliśmy tylko z zewnątrz (chwilowo był niedostępny). Nie było w programie, więc nie zwiedziliśmy ciekawej katedry - podobno na to nie było czasu, bo tego dnia była do pokonania najdłuższa trasa (ok. 400 km). Po południu zwiedzanie Rondy - miasta zawieszonego na dwóch wzniesieniach przedzielonych imponującą przepaścią – El Tajo. Główną atrakcją miasta jest malowniczy most Puente Nuevo, który mogliśmy podziwiać z tarasu Domu Św. Jana Bosko oraz w czasie wolnym, z innego punktu widokowego podpowiedzianego przez pilota. Dla Hiszpanów ważnym zabytkiem jest zbudowana pod koniec XVIII w. wyjątkowa arena korridy, którą widzieliśmy tylko z zewnątrz (inna wycieczka o podobnym programie zwiedzała również wnętrze 🙁). Jest w Rondzie jeszcze jedno ciekawe miejsce: La Mina („kopalnia wody”) - podziemne przejście prowadzące do rzeki, liczące 231 stopni wykutych w XIV wieku, wewnątrz pionowej skały, przez chrześcijańskich niewolników. Niestety na to zabrakło nam już czasu. Ronda, choć jest niewielkim miastem, ma tyle ciekawych i urokliwych miejsc, że nawet cały dzień zwiedzania byłby tu niewystarczający. A co dopiero te 2,5 godziny, które zaplanowali nam organizatorzy...
Przejście dla pieszych przez paz startowy lotniska w Gibraltarze.
Gibraltar, Jerez de la Frontera i Kadyks. Aby zwiedzić Gibraltar - Brytyjskie Terytorium Zamorskie - musieliśmy pieszo przekroczyć granicę z Hiszpanią i przesiąść się do busów. Tylko tak małe pojazdy są w stanie poruszać się po wąskich uliczkach i tunelach. Trafiliśmy do busa, w którym zamiast pilota słuchaliśmy nagrania - dość kiepskie tłumaczenie i na dodatek kierowca miał problemy z wybraniem odpowiednich fragmentów. Sam pobyt na skale był jednak bardzo interesujący: przejazd przez miasto, przystanek na Punkcie Europa, skąd dobrze widać było afrykańskie wybrzeże Maroka, Jaskinia Św. Michała i słynne makaki przy wyjściu oraz czas wolny przy Kazamatach i Main Street. Zakończeniem pobytu było widowiskowe przekroczenie pieszo pasa czynnego lotniska (przejście zamykane ok. 6x dziennie, gdy startuje lub ląduje samolot). W Jerez de la Frontera tylko rzuciliśmy okiem na zabytki - zamek królewski (Alcázar) i widoczną w oddali katedrę. Głównym celem była wizyta w jednej z wielu bodeg - piwnic na wino Sherry, wytwarzane tylko w tym regionie. To z nich (oraz flamenco i koni andaluzyjskich) słynie to niewielkie miasto. Proces produkcji i leżakowania jest dość interesujący, a degustacja, w której uczestniczyliśmy, zachęciła nas do zakupów tego unikalnego wina. Ostatnim miastem tego dnia (w pierwotnym planie zwiedzanie go miało być w kolejnym) był leżący na Atlantyku (dosłownie!) Kadyks. To obok Malagi jeden z dwóch najważniejszych portów Andaluzji - brama, przez którą do Hiszpanii docierały bogactwa z Nowego Świata. Zwiedziliśmy tam katedrę (Catedral Nueva), a z jej wieży mogliśmy przyjrzeć się panoramie miasta. Jest ono niezwykle położone - na samym koniuszku wąskiej, kilkukilometrowej piaszczystej mierzei, która w najwęższym miejscu ma zaledwie kilkadziesiąt metrów szerokości. Podobnie jak Hel, tylko miasto to jest znacznie starsze (to najstarsze, nieprzerwanie zamieszkałe miasto Europy Zachodniej!), pełne urokliwych uliczek i plaż (zobaczyliśmy jedną - słynną La Caleta).
Największym atutem Kadyksu jest niesamowita atmosfera ciasnej starówki. Ze względu na ograniczoną powierzchnię półwyspu, uliczki są niezwykle wąskie, a stojące wzdłuż nich wysokie kamienice, z charakterystycznymi zabudowanymi balkonami, jeszcze potęgują to wrażenie. Ten dzień był najbardziej intensywnym podczas całej wycieczki (aż trzy miasta!) - kolejne będą już wyraźnie „lżejsze”.
Monumentalny Plac Hiszpanii w Sewilli wcześnie rano jest prawie pusty
Sewilla. Zwiedzanie Sewillirozpoczęliśmy od niezwykle fotogenicznego Placu Hiszpanii. Szkoda, że nie było czasu na dłuższy pobyt w tym miejscu i w pobliskim Parku Marii Luizy. Wczesna godzina pozwoliła na zrobienie fajnych zdjęć, z niewielką ilością innych turystów w kadrach. Następna była arena korridy (Plaza de Toros de la Maestranza) - weszliśmy na trybuny, mimo że nie było tego w programie. To jedna z najsłynniejszych aren korridy na świecie, a co roku odbywają się tu najważniejsze walki z bykami podczas słynnej sewilskiej fiesty - Feria de Abril. Następnym elementem programu był rejs po Gwadalkiwirze, rzece, którą do Sewilli docierały statki wiozące skarby z Nowego Świata. Głównym punktem pobytu w Sewilli był jednak spacer po najstarszej dzielnicy Santa Cruz oraz zwiedzanie ogromnej gotyckiej katedry z mauretańską dzwonnicą La Giralda. Wieża ta, na którą weszliśmy po pochyłych rampach, miała dla nas o tyle szczególne znaczenie, że bardzo podobne, zbudowane przez tego samego władcę z dynastii Almohadow, widzieliśmy w Maroku (w Rabacie i w Marrakeszu). Sama katedra też wywarła na nas ogromne wrażenie - to jedna z trzech największych katedr na świecie (największa katedra gotycka). O jej rozmiarach świadczyć może fakt, że chór i prezbiterium, które zwykle w katedrach hiszpańskich zajmują przód i tył nawy głównej, tu były umieszczone prawie w jej centrum. Ołtarz główny z 44 scenami z życia Świętej Rodziny, to prawdziwe arcydzieło rzeźbiarskie, wykonane ze szlachetnego drewna, pokrytego złotem. Jak potwierdziły jednoznacznie badania DNA wykonane kilka lat temu, w katedrze spoczywają szczątki odkrywcy Ameryki - Krzysztofa Kolumba. Nie mieliśmy niestety w programie zwiedzania położonego tuż obok katedry Alkazaru. Podobno niełatwo tu o bilety, bo to rezydencja nadal używana przez rodzinę królewską.
Most rzymski - Puente Romano - w Kordobie, a w oddali Wielki Meczet
Kordoba. Spacerując w Kordobie urokliwymi, wąskimi uliczkami dzielnicy żydowskiej, funkcjonującej tu od X do XV wieku, zajrzeliśmy na chwilę do synagogi - jednej z trzech najstarszych, zachowanych w Hiszpanii. Do zobaczenia są w niej właściwie same mury, ozdobione wewnątrz misternie rzeźbionymi w gipsie stiukami w stylu mudéjar. Dotarliśmy na dziedziniec Wielkiego Meczetu (La Mezquita), gdzie najbardziej rzucającym się w oczy elementem była wysoka wieża - dawny minaret, przekształcony w dzwonnicę. Kiedy weszliśmy do wnętrza wielkiej hali modlitewnej dawnego meczetu, naszym oczom ukazał się las (dosłownie!) kilkuset smukłych, niezbyt wysokich kolumn, połączonych misternymi, pasiastymi łukami. Ta część X-wiecznego Wielkiego Meczetu, bez większych „strat” w architekturze i zdobnictwie, została przekształcona na różne kaplice i inne elementy świątyni chrześcijańskiej (m.in. Kaplicę Królewską - miejsce pochówku władców).
Jednak pośrodku, w miejscu takich samych kolumn (tu niestety zniszczonych), w XVI wieku „wbudowana” została katolicka katedra. Nie jest taka wielka jak sewilska, ale jej wysoka nawa i transept, ze sklepieniem wspartym na potężnych kolumnach, wyraźnie kontrastują z niskimi, smukłymi kolumienkami otaczającego ją meczetu. Dopiero gdy w czasie wolnym, za radą pana Wojciecha, weszliśmy (odpłatnie) na taras widokowy wieży i zobaczyliśmy cały kompleks z góry, w pełni zrozumieliśmy w jaki sposób umieszczono dużą katedrę wewnątrz meczetu. I zdaliśmy sobie sprawę, jak wielką trudnością było to dla ówczesnych budowniczych, nie dysponujących współczesnymi dźwigami. To niesamowita budowla - katedra i meczet w jednym! Znacznie starszym zabytkiem Kordoby, jest monumentalny most - Puente Romano - przerzucony w I wieku p.n.e. nad nurtem rzeki Gwadalkiwir. Budowla ta zmieniała się kilkukrotnie na przestrzeni wieków i z oryginalnej konstrukcji rzymskiej przetrwały zaledwie fundamenty. Obecny wygląd jest głównie efektem przebudowy przeprowadzanej od VIII do X wieku przez muzułmańskich zdobywców miasta. Z południowego krańca mostu roztacza się wspaniały widok na miasto - szczególnie dobrze prezentuje się stamtąd La Mezquita - co wykorzystaliśmy na fotografowanie w czasie wolnym. Kiedy po południu dotarliśmy do hotelu na przedmieściach Grenady, udało nam się zobaczyć jak u stóp wysokich gór położone jest to miasto. To był ostatni moment, bo w nocy wszystko skryły deszczowe chmury.
Wyjście na Dziedziniec Lwów w Pałacach Nasrydów
Grenada i Alhambra. Rano, gdy wyruszaliśmy do centrum Grenady, nie tylko padał deszcz, ale było dość chłodno🙁 Zwiedzanie miasta, które w całej Andaluzji najdłużej pozostawało w rękach Maurów (od początku VIII do końca XV wieku), rozpoczęliśmy od Alhambry - położonej na wzgórzu siedziby muzułmańskich władców. Na chwilę zerknęliśmy do renesansowego Pałacu Karola V, jednego z najpotężniejszych władców w historii Europy. Ten dziwny gmach - kwadratowy, z okrągłym dziedzińcem - nigdy nie został wykończony, więc nie zdążył pełnić funkcji rezydencji ani Karola V, ani żadnego z jego następców. Zwiedzając dalszą część Alhambry przekonaliśmy się, że w ogóle nie pasuje on do całej reszty.
Do tego miejsca dotarliśmy bez żadnej kontroli. Żeby wejść dalej, trzeba było nie tylko pokazać imienne bilety, ale również dokument!
Połączenie mozaiki alicatado i sztukaterii
Żeby w pełni zwiedzić Alhambrę potrzeba by pewnie całego dnia, a taką ilością czasu nie dysponowaliśmy. Musieliśmy ograniczyć się więc głównie do najbardziej widowiskowej części - Pałaców Nasrydów. Ten labirynt połączonych ze sobą sal i dziedzińców, ozdobionych ceramicznymi mozaikami, koronkowymi gipsowymi płaskorzeźbami (stiuki) i rzeźbionymi w cedrowym drewnie sufitami robi naprawdę wielkie wrażenie. To nie tylko największe w Europie, ale i najbardziej nienaruszone skupisko tak potężnej i misternej dekoracji mauretańskiej (islamskiej). I to tej oryginalnej - wykonanej przez muzułmanów na własne potrzeby, a nie odtwórczej - gdy muzułmańscy rzemieślnicy ozdabiali w swoim stylu budowle dla chrześcijańskich władców (mudéjar). Te wszystkie zdobienia wywarły tak duże wrażenie na chrześcijańskich zdobywcach, że pozostawili je prawie nienaruszone! (A w tamtych czasach standardem było „wymazywanie” wszystkiego, co wiązało się z obcą wiarą.) Dla porównania: duże skupisko podobnych zdobień, również pochodzących z XIV wieku, znajduje się w sewilskim Alkazarze. Ale tam to już mamy katolicką rezydencję w odtwórczym stylu mudéjar, a nie jak tu: pierwowzór. Zapewne w Maroku takich zdobionych budowli widzieliśmy w sumie znacznie więcej niż w Alhambrze, ale jak na Europę, od wieków chrześcijańską, jest to ewenement. Przyjemnym zakończeniem pobytu w Alhambrze był spacer przez ogrody Generalife z letnim pałacem sułtana.
Gdy chwilę później zwiedzaliśmy położoną po drugiej stronie doliny najstarszą dzielnicę Grenady - Albaicín, deszcz przestał już padać, ale nadal było chłodno. W dużej mierze zachował się tu średniowieczny układ ulic z okresu Nasrydów (XIV-XV w.). Typowym elementem krajobrazu tej dzielnicy są domy typu carmen - czyli ukryte za wysokimi murami, otoczone ogrodami i sadami. Z jednego z placyków rozpościerała się piękna panorama na położoną po drugiej stronie doliny Alhambrę - niestety idealnego zdjęcia, z górami Sierra Nevada w tle, z powodu chmur nie udało się zrobić. Po zejściu do centrum, przed kończącym pobyt w Grenadzie czasem wolnym, zwiedziliśmy jeszcze przylegającą do katedry Kaplicę Królewską, w której spoczywają Królowie Katolicy - Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński oraz ich dzieci. Dla Hiszpanów to miejsce niemal kultowe - groby założycieli zjednoczonej Hiszpanii i przedmioty, które znają z podręczników historii (np. korona i berło królowej Izabeli). Pozycja numer jeden na liście szkolnych wycieczek. Wieczorem powróciliśmy do tego samego hotelu w Roquetas De Mar, domykając pętlę wycieczki objazdowej.
Wartki strumyk na uliczce w Pampaneira
Alpuhara. Skupiska białych domów na zboczach Sierra Nevada
Alpuhara.
Ostatniego dnia pobytu zdecydowaliśmy się na opcjonalną wycieczkę do Alpuhary. To górzysty i dziki region historyczno-geograficzny, leżący na południowych stokach pasma Sierra Nevada, rzut kamieniem od Grenady. Trudno dostępne góry i jaskinie były ostatnim bastionem dla Morysków - Maurów siłą zmuszanych do przejścia na katolicyzm, którzy w 1568 roku podjęli ostatnią próbę walki z Hiszpanami. Wycieczkę rozpoczęliśmy od wizyty w suszarni szynek w Trevélez – najwyżej położonym miasteczku w Hiszpanii (ponad 1500 m. n.p.m.). Poznaliśmy tam proces produkcji tego specjału - najpopularniejszej szynki Hiszpanii – pata negra („czarne kopytko”), a według Hiszpanów: najlepszej dojrzewającej szynki na świecie (w smaku dobra, tylko niestety bardzo się ciągnie i trudno ją pogryźć). Kolejnym punktem była manufaktura słodyczy, specjalizująca się w czekoladzie nadziewanej różnymi dodatkami, m.in. daktylami lub czerwonym pieprzem. Przez większą część trasy, za oknami i na postojach towarzyszyły nam ośnieżone szczyty Sierra Nevada oraz białe skupiska domów - widoczne wysoko, na zielonych zboczach. Blisko godzinę spędziliśmy w takim białym miasteczku Pampaneira, z XVI-wiecznym kościołem wybudowanym w stylu mudéjar, spacerując urokliwymi, stromymi i wąskimi uliczkami, których środkiem płynęły górskie strumyczki. Wycieczkę zakończyliśmy w tłoczni oliwy (prezentacja i degustacja).