Zwiedzamy Wenecję z przewodnikiem, w tym wyspy Murano, Burano i Torcello.

 
 
 

Dzień 10 - Wenecja

Wenecja przywitała nas okropnie - zimnem, deszczem i mgłą. Na dodatek popsuł mi się parasol i musiałem jeszcze w porcie kupić nowy. W przeciwieństwie do naszego poprzedniego pobytu w tym mieście, tym razem prawie cały dzień mieliśmy zorganizowany - wycieczka statkiem po wyspach leżących w pobliżu Wenecji: Murano, BuranoTorcello.

Przy nabrzeżu stało mnóstwo taksówek i tramwajów wodnych. Do naszej dyspozycji był spory tramwaj (czyli stateczek na jakieś 100-150 osób). Z powodu deszczu wszyscy usiedliśmy na dolnym, zamkniętym pokładzie podziwiając otoczenie przez mokre szyby. Gdyby była lepsza pogoda można by było wyjść na górny, odkryty pokład - widoczność z pewnością byłaby lepsza. Przepływanie pomiędzy sąsiednimi wysepkami zabierało naszemu tramwajowi mniej więcej pół godziny - ze względu na fatalną widoczność nie był to czas spędzony zbyt pożytecznie.

Pokaz produkcji wyrobów ze szkła
Kliknij aby zobaczyć powiększenie...

Jako pierwszą odwiedziliśmy wyspę Murano. Ta mała wysepka, położona tuż obok Wenecji, słynie z niesamowitych kryształów i innych wyrobów ze szkła ozdobnego. Dobiliśmy tramwajem wprost do bramy huty szkła, a ściślej mówiąc do innego statku, który cumował bezpośrednio przy bramie, bo nie było więcej miejsca i musieliśmy przejść "tranzytem" przez ten statek. Po chwili oczekiwania zajęliśmy miejsca (stojące) na sporej sali z piecami hutniczymi. Rozpoczął się pokaz - zręczny rzemieślnik w ciągu kilku minut "wydmuchał" ze szkła dzbanek i figurkę konia. Robiło to wrażenie, zwłaszcza płynność ruchów hutnika i jego mimika - zdając sobie sprawę, że mało kto zrozumiałby jego ojczysty język, w ten sposób zwracał nam uwagę na pewne czynności czy detale. W pewnym momencie stygnący na stoliku dzbanek, zrobiony podczas jednego z poprzednich pokazów, popękał z cichym trzaskiem. Potem dowiedzieliśmy się, że aby taki wyrób nie popękał po ostygnięciu, musi być wielokrotnie wypalany w różnych piecach, przy stopniowo malejącej temperaturze. Piece na tej sali wyglądały na dość nowoczesne, a przy wyjściu mogliśmy obejrzeć stare, już nie używane. Dalej przeszliśmy do sklepu-galerii (niestety nie można było fotografować). Tam również odbył się niezwykły pokaz. Przewodnik wziął do rąk dwa piękne kryształowe kieliszki i zaczął nimi o siebie dość silnie uderzać, potem stukał nimi o drewniany stół, przewracał na stole itp. Żadnych śladów i rys - jak arcoroc. Szkło tu produkowane nie jest takie zwyczajne - tajemnica tkwi w recepturze. Zwyczajne szkło składa się najczęściej z 5 typowych składników, tymczasem miejscowi rzemieślnicy stosują 35. A efekty są naprawdę oszołamiające. Oprócz wytrzymałości, kryształy te mają ponoć ładniejszy połysk i dają lepsze refleksy no i przede wszystkim różnią się od zwyczajnych ceną (dość szybko zrezygnowaliśmy z zakupu nawet drobiazgu). Poza tym tylko oryginalne wyroby z Murano mogą być oznakowane specjalną nalepką, będącą certyfikatem autentyczności. Taką nalepkę konkurencja pewnie potrafi już podrabiać, więc jedyna możliwość sprawdzenia autentyczności w sklepie, to wziąć dwa kieliszki i mocno nimi o siebie stuknąć, a potem...........uciekać. Oprócz huty szkła, zwiedzaliśmy tu zabytkowy kościół, w którym wiele ozdób było zrobionych ze szkła - m.in. krucyfiks nad chrzcielnicą - był ciemnogranatowy i robił dość przygnębiające wrażenie.

Burano słynie z pięknych koronek, które można na miejscu kupić
Kliknij aby zobaczyć powiększenie...

Następną odwiedzoną wyspą była Torcello, z pierwszą katedrą z VIw. Zwiedzanie praktycznie ograniczyło się tylko do tej świątyni. Najciekawsze były zdobienia - np. wszystkie kolumny były w stylu greckim (korynckim). Całą tylną ścianę katedry zajmowała olbrzymia, ceramiczna (lub szklana) mozaika, przedstawiająca scenę Sądu Ostatecznego - niebo oraz piekło.

Jako ostatnią zwiedzaliśmy wyspę Burano - leżącą pomiędzy Murano i Torcello. Podstawowym źródłem dochodu mieszkańców tej małej wysepki są koronki. Przy głównej ulicy praktycznie każdy sklep wystawiał koronkowe obrusy, ubrania, firany, a nawet obrazy (w ramkach i za szybką). Nam dość szybko znudził się widok koronek (można było dostać oczopląsu) i zapuściliśmy się w wąziutkie zaułki. Niewiele brakowało, a przypłacilibyśmy to.....czystością naszych ubrań - niespodziewanie jedna z mieszkanek wylała wodę z mydlinami z progu domu wprost na uliczkę - tuż przed nami. Wygląda na to, że tamtejsze domy nie mają kanalizacji, a wszystko wylane na ulicę spływa rynsztokami do kanałów.

Bazylika Św. Marka - jeden z najpiękniejszych zabytków Wenecji
Kliknij aby zobaczyć powiększenie...

Dopłynęliśmy z powrotem do Wenecji. Wysiadaliśmy z tramwaju przy nabrzeżu w pobliżu Placu Św. Marka. Idąc w kierunku placu mijaliśmy po drodze Most Westchnień. Wreszcie dotarliśmy do placu. Podczas naszego poprzedniego pobytu zamierzaliśmy wjechać na stojącą na placu Wieżę Zegarową i obejrzeć sobie panoramę miasta z góry, ale ze względu na fatalną pogodę zrezygnowaliśmy z tego zamiaru. W samej Wenecji nie mieliśmy już zorganizowanego zwiedzania konkretnych zabytków, tak więc zadowoliliśmy się podziwianiem ich z zewnątrz. Tak też było z Bazyliką św. Marka. W czasie poprzedniej wizyty w Wenecji, upatrzyliśmy sobie w sklepiku, w pobliżu Piazzale Roma, wielkie parasole - takie na dwie osoby. Ponieważ mieliśmy ponad dwie godziny czasu (do zbiórki przy nabrzeżu) i trochę pozostałej gotówki, postanowiliśmy przejść przez całą Wenecję i zakupić parasol. Jako starzy bywalcy Wenecji raźno poszliśmy, kierując się drogowskazami na murach. Minęliśmy Most Rialto - tym razem mogliśmy go zobaczyć za dnia i poszliśmy (coraz pewniej) dalej. Robiąc sobie zdjęcie na jednym z mostków, najprawdopodobniej nie zauważyliśmy drogowskazu informującego o skręcie.... i zabłądziliśmy. Niestety drogowskazy są tylko na szlakach - gdy się z nich zejdzie to nie tak łatwo jest wrócić z powrotem. Posiłkując się mapką (niestety niezbyt dokładną) i wskazówkami tubylców, jakoś dotarliśmy na miejsce. Nadrobiliśmy sporo drogi i zamiast dojść z Placu Św. Marka do Piazzale Roma w jakieś 45 minut, szliśmy ponad godzinę. Kupiliśmy parasol i w powrotnej drodze niezwykle uważnie śledziliśmy drogowskazy na murach.

Nasze błądzenie po Wenecji zwiększyło mój respekt do tego miasta, które przed wyjazdem z Polski naiwnie porównywałem ze starówkami typowych polskich miast. A kolejne godziny spędzone w niepowtarzalnej atmosferze wąskich uliczek, zaułków i kanałów, jeszcze bardziej utwierdziły mnie w mojej sympatii do Wenecji. Choć mieszkać to bym tam raczej nie chciał - brak wodociągów, kanalizacji i ciągła wilgoć szybko by mnie zniechęciła. Stąd też większość osób pracujących w "starej" Wenecji, mieszka na stałym lądzie, lub na Lido.

Po południu wróciliśmy tramwajem wodnym do portu, a stamtąd wyruszyliśmy autokarem w drogę powrotną do Polski. Tuż przed północą dotarliśmy do Austrii.

wstecz dalej

 
 
LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK