Wczasy na Skopelos w 2021 r.

 
 
 

Wycieczka (wczasy)  A.D. 2021

wypoczynek w czasach pandemii Covid-19

Zaplanowane (i zarezerwowane) kolejne wczasy w Grecji latem 2020 roku zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili odwołać, ze względu na niepewną sytuację epidemiczną (ryzyko nie tylko zachorowania, ale przede wszystkim kwarantanny). Jednak w kolejnym roku, mimo nadal trwającej pandemii, zdecydowaliśmy, że „musimy” pojechać do Grecji. Uznaliśmy, że dobrze do warunków wynikających z obostrzeń covidowych (ilość gości, zachowanie dystansu, region) nadaje się do tego hotel, w którym byliśmy poprzednio: Blue Green Bay na Skopelos. A ponieważ ma zaledwie 16 pokoi, musieliśmy rezerwować go już w styczniu, nie mając pewności, czy i tym razem nie trzeba będzie odwoływać wyjazdu. Na szczęście nie było to konieczne, między innymi dzięki szczepieniom. Poniższy krótki opis zawiera głównie informacje specyficzne dla wypoczynku w czasach pandemii - więcej informacji o wyspie Skopelos i samym hotelu można znaleźć w opisie poprzedniej wycieczki. Zapraszam też do galerii zdjęć.

Podróż

Aby bez problemu wjechać do Grecji, tym razem musieliśmy posiadać dwa dodatkowe dokumenty: Unijny Certyfikat COVID i potwierdzenie wypełnienia elektronicznie greckiego formularza lokalizacyjnego PLF (Passenger Locator Form) z kodem QR. Certyfikat mieliśmy jako zaszczepieni, dzięki czemu uniknęliśmy testu Covid-19 na lotnisku w Grecji. Na taki test byli kierowani wszyscy wjeżdzający na podstawie dokumentu o negatywnym wyniku testu wykonanego przed wylotem. Nie wiem, czy testowane były osoby z zaświadczeniem o przechorowaniu koronawirusa. Grecki formularz lokalizacyjny (PLF) jest obowiązkowy od 2020 roku, ale tuż przed naszym wylotem zmienione zostały zasady uzyskania potwierdzenia z kodem QR. Obecnie przysyłane jest bezpośrednio po wypełnieniu formularza, a wcześniej dopiero o północy przed dniem wylotu. Dzięki temu mieliśmy możliwość wydrukowania go, bo wylot mieliśmy o świcie i musieliśmy wyjechać z domu przed północą. O tych dodatkowych dokumentach szczegółowo poinformował nas przedstawiciel Rainbow, udostępniając instrukcję krok-po-kroku wypełniania PLF. Wbrew temu, co podają Grecy na pierwszej stronie formularza, nie można wypełnić jednego dla całej rodziny - każda osoba musi mieć własny z unikalnym kodem QR. Podobno na części lotnisk wystarczy jeden dla rodziny, jednak na innych wymagane są indywidualne - nie ma co ryzykować, bo brak QR może „kosztować” 500€.

Powyższe dokumenty podczas podróży do Grecji były sprawdzane dwukrotnie. Najpierw podczas odprawy biletowej na lotnisku Chopina, a drugi raz po przybyciu na lotnisko Skiathos. Osoby z literą V (zaszczepieni) na PLF przechodziły od razu dalej, natomiast ci z literą T (ujemny wynik testu) kierowani byli bez wyjątku na dodatkowy szybki test, za parawanem. Na żadnym z lotnisk nie mierzono temperatury (przynajmniej jawnie) - dopiero w hotelu. Dzięki temu, że jeszcze na promie ze Skiathos na Skopelos wypełniliśmy formularz rejestracyjno/covidowy dla hotelu, wydanie kluczy odbyło się bez zbędnych formalności - nawet nie poproszono nas o okazanie paszportów. Jedyną uciążliwością związaną z pandemią była konieczność noszenia maski: na lotniskach, w samolocie, w autokarze i na promie. A także w drodze do i z autokaru - w Grecji obowiązuje nakaz używania maski na dworze w dużych skupiskach ludzkich, a do takich nasza grupa mogła by zostać zaliczona. Na Skiathos - i na lotnisku, i w porcie - oprócz straży granicznej/portowej sporo było policjantów, którzy pilnowali noszenia maseczek. Na szczęście rezydentka już na lotnisku nas o tym ostrzegła. Na Skopelos nie było to już tak kontrolowane, ale woleliśmy nie ryzykować. Przeprawa promowa między wyspami przebiegła równie sprawnie jak 3 lata wcześniej - po niecałych 2h od wylądowania dobijaliśmy do portu Nea Klima, a niecałe 30 minut później byliśmy już w hotelu (więcej czasu niż przejazd z portu do hotelu zajęło wyładowanie wszystkich walizek z promu na nabrzeże). Choć oficjalnie doba hotelowa rozpoczynała się o 15:00, to już przed 13:00 był dostępny nasz pokój i wbrew naszym obawom otrzymaliśmy także w tym dniu lunch.

Podczas podróży do Polski Greków nie interesowały już certyfikaty Covid ani PLF - wystarczył dokument tożsamości. Certyfikat (i paszport lub dowód) trzeba było okazać dopiero polskiej straży granicznej po przylocie. Chyba po raz pierwszy spotkaliśmy się na lotnisku w Grecji z sytuacją, że bagaż rejestrowany oddawało się od razu przy odprawie biletowej - tak jak jest to na większości innych lotnisk. Podczas poprzednich powrotów, po odprawie musieliśmy go mieć jeszcze przy sobie podczas kontroli bezpieczeństwa (osób i bagażu podręcznego).

Teoretycznie przed wjazdem do Polski każdy podróżny zobowiązany jest do wypełnienia polskiej Karty Lokalizacji Podróżnego - w formie elektronicznej (przed wylotem) lub papierowej (w samolocie). My wypełniliśmy go elektronicznie jeszcze przed wylotem do Grecji, więc w powrotnym samolocie wypełniliśmy tylko pierwszą stronę (dla biura podróży). Drugą pozostawiliśmy pustą, ale personel pokładowy, zbierając te dokumenty, nie weryfikował, czy osoby które nie wypełniły tej drugiej strony mają potwierdzenie wypełnienia KLP drogą elektroniczną. Więc w praktyce turysta może wrócić do Polski, nie przekazując Sanepidowi informacji gdzie będzie przebywał przez kolejne 10 dni, co mogłoby być istotne, gdyby potwierdzono zakażenie u współpasażerów lotu. Jak widać polskim władzom i służbom sanitarnym, inaczej niż np. greckim, nie zależy na kontrolowaniu „wwiezienia” wirusów do kraju.

W hotelu

Ponieważ wszystkie pokoje miały wyjście wprost na dwór, a restauracja i bar były praktycznie pod gołym niebem (tylko zadaszenie), więc przez cały pobyt w hotelu mogliśmy zapomnieć o noszeniu maseczek. Jedynym elementem przypominającym nam o trwającej pandemii było zalecenie odkażania dłoni przed posiłkami i noszenie foliowych rękawiczek podczas korzystania ze bufetu śniadaniowego. Maseczki przydały się jedynie w czasie zakupów w pobliskim sklepie (jedynym w Panormos). Tak więc wybór hotelu okazał się na czas pandemii idealnym. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić pobytu w hotelu, w którym trzeba by było się maskować przy każdym opuszczaniu pokoju, a zwłaszcza w restauracjach. Z powodu pandemii pokoje nie były całkowicie sprzątane codziennie - sprzątaczka każdego dnia jedynie opróżniała kosze (pamiętajmy o obowiązującym w Grecji zakazie wrzucania papieru toaletowego do muszli!), a posprzątała i zmieniła ręczniki dwa razy podczas tygodniowego pobytu.

Podczas naszego poprzedniego pobytu w tym hotelu najsłabszym elementem okazały się posiłki, nie mogę więc uniknąć porównania z tym, jak to wyglądało teraz. Poza całkowitą wymianą personelu (od barmanów po kucharza), niewiele się zmieniło. Śniadania - trochę większy wybór, ale nadal codziennie to samo, niemniej wszystko smaczne. Dodatkowo - pani piekła różne rodzaje naleśników. Lekkie lunche, trochę słabsze niż poprzednio - częściej były to kanapki/sandwiche niż typowe dania (pizza). Kolacje z kolei były trochę lepsze - większy wybór dań, większe porcje, choć niestety często podawane były chłodne, co przy temperaturze otoczenia ok. 30°C trochę dziwi. Ogólnie nie było źle, więc nie było potrzeby stołowania się poza hotelem, ale nadal to najsłabszy punkt tego hotelu. Dla bardziej wybrednych otworem stała pobliska taverna Linariaki - podobno najlepsza w Panormos - i kilka innych położonych wzdłuż plaży, zaledwie kilka minut spacerem od hotelu.

Podobnie jak 3 lata wcześniej, pewną uciążliwością były osy - podobno dotyczy to całej wyspy. O ile na plaży czy przy basenie pojawiały się pojedynczo, to podczas kolacji, zwłaszcza gdy zamówiliśmy danie z kurczakiem, pojawiało się ich znacznie więcej. Siadały nie tylko na talerzach, ale te bardziej bezczelne nawet na kęsach podnoszonych do ust - trzeba było bardzo uważać! Ale był to problem bardziej psychologiczny - nie słyszeliśmy, żeby kogoś podczas naszego pobytu użądliły. Bardziej realny problem objawił się podczas kąpieli w morzu. I nie były to jeżowce, których na wyspie jest stosunkowo mało - one wolą skały, a na Skopelos plaże są głównie kamieniste lub żwirkowe. Poza tym skuteczną ochroną przed jeżowcami są buty do wody. Podczas pływania w morzu pierwszego dnia w pewnym momencie poczułem jakby ukąszenie kilku os w łydkę. Początkowo rzeczywiście myślałem, że to jakaś osa zdołała mnie użądlić gdy noga przez chwilę wystawała ponad wodą. Kiedy dotarłem do brzegu okazało się, że palące miejsce ma powierzchnię zbliżoną do dłoni. To była MEDUZA! Kiedy później pływałem w okularach pływackich widziałem ich całkiem sporo, zwłaszcza dalej od brzegu. Na szczęście po dwóch dniach przestały pojawiać się przy hotelowej plaży. Może za sprawą nocnej burzy, która „wymieszała” wodę, a może odgonił je silniejszy wiatr wiejący od lądu. Ślad po oparzeniu bardzo piekł jeszcze przez kilka godzin - pomogły maści przeciwuczuleniowe, które przywieźliśmy ze sobą, a także inna udostępniona przez Elenę - managerkę hotelu. Ślad po kontakcie z parzydełkami był jeszcze długo widoczny po powrocie do Polski. Meduzy przy hotelu były małe - kilkanaście centymetrów średnicy. Kiedy ostatniego dnia wracaliśmy statkiem na Skiathos widzieliśmy na pełnym morzu pojedyncze i w grupach meduzy o średnicy ponad 30-40 cm. Kontakt z takimi „bestiami” mógłby się źle skończyć.

Hotel przerzucił się z TV satelitarnej na naziemną - więc zniknęły 3 polskie kanały. Ale może to i dobrze - nic nie zakłócało sielskiego wypoczynku. Darmowy internet Wi-Fi działał dość wolno, zwłaszcza w pokojach (na plaży znacznie lepiej), ale to obecnie nie jest problemem przy darmowym roamingu. Zniknęły też dwie ładne palmy rosnące przy basenie - zapewne nie przetrwały zimy.

Zwiedzanie wyspy

W pełni sezonu znacznie trudniej było wynająć auto. W interesującym nas terminie rezydentce wraz z Eleną udało się (nie bez trudu) znaleźć dla nas mini-terenówkę - Suzuki Jimmy. Jak się okazało - w tej samej wypożyczalni, z której już korzystaliśmy. Koszt był dwa razy wyższy niż osobówki po ścisłym sezonie 3 lata wcześniej: 170€ na dwa dni, ale tym razem dzielił się na 4 osoby. Auto okazało się dobrym wyborem - silnik o pojemności 1,3l dobrze radził sobie na greckich serpentynach, a wysokie zawieszenie pozwoliło spokojnie dotrzeć wyboistą drogą gruntową do Amarantos. Podobnie jak poprzednio przejechaliśmy około 100km tankując 8l za 16€ (ok. 1,98€/l). Zużycie paliwa wyszło dość duże, ale jazda praktycznie cały czas na średnich biegach: dwójce i trójce. Cóż - tak to się jeździ w Grecji po górskich, ciasnych serpentynach.

Zwiedziliśmy te same miejsca co poprzednio choć trochę inaczej. Do kapliczki Św. Jana (Agios Ioannis) pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda o świcie (6:38) - oprócz nas było tam tylko kilka innych osób. To był przyjemny pobyt, piękne widoki, choć trochę się rozczarowałem, że słońce nie wschodziło nad morzem, tylko zza wyspy Alonisos. Do stolicy - miasteczka Skopelos - pojechaliśmy na znacznie dłużej - mieliśmy więcej czasu na błądzenie po jej urokliwych, wąziutkich uliczkach. Tym razem odnaleźliśmy piekarnię „Michalisa”, ale sprzedawanej tam, podobno najlepszej na wyspie, Tyropity (spiralne ciasto z nadzieniem z koziego sera) znów nie udało nam się skosztować - spóźniliśmy się dosłownie 5 minut i piekarnia była zamknięta na czas sjesty. Tego niestety nie przewidziałem. Na Przylądku Amarantos mogliśmy zobaczyć, że spalona część lasu została w dużej mierze wycięta i uporządkowana - miejsce to już nie ma takiego uroku jak dawniej. Ze względu na pandemię zrezygnowaliśmy ze zwiedzania klasztorów na górze Palouki, leżących na południe od stolicy. Spodziewaliśmy się, że ze względów sanitarnych mogą nie być dostępne dla turystów. Zamiast tego pojechaliśmy na południowe plaże: StafilosVelanio. Pierwsza z nich, tuż przy parkingu, mimo wczesnej pory była już w dużej części zajęta. Przeszliśmy więc wąską ścieżką, przecinającą górzysty cypel na drugą, która okazała się zupełnie pusta. Teoretycznie to jedyna na Skopelos oficjalna plaża dla nudystów. Na szczęście okazało się, że dla „golasów” wydzielona jest tylko jej połowa - za skałami. Miłym zaskoczeniem na Velanio były wysokie fale, podczas gdy na sąsiedniej plaży, podobnie jak i na hotelowej, morze było zupełnie spokojne. Plaża jest bardzo ładna i piaszczysta - tylko gdzieniegdzie na dnie leżą duże głazy i płyty skalne, ale gładkie, więc nie było tam jeżowców. Woda była wyraźnie cieplejsza niż w Zatoce Panormos. Za niewielką kwotę można było wynająć leżaki i parasol oraz skorzystać z niewielkiego baru. My mieliśmy własne maty plażowe, więc rozłożyliśmy się tuż za częścią z parasolami, wykorzystując cień tworzony przez skały. Bardzo przyjemnie się tam plażowało i gdyby nie spora odległość od hotelu pojechalibyśmy tam ponownie. Zamiast tego dwukrotnie odwiedziliśmy spacerem (30min) leżące niedaleko od hotelu plaże KastaniMilia. Większość czasu spędziliśmy na znacznie większej Milia - było tam luźniej, spokojniej i łatwiejsze wejście do morza. A z Kastani wypłoszył nas „desant” turystów z dwóch statków - to najsłynniejsza plaża na wyspie, chyba też najładniejsza, więc nie ma się co dziwić takim najazdom.

* * *

Nasz wyjazd, wbrew wcześniejszym obawom pokazał, że pomimo trwającej pandemii można bez większych ograniczeń i utrudnień spędzić wakacje w Grecji. Mam nadzieję, że tamtejsza turystyka przetrwa jakoś te trudne czasy i w kolejnych latach będzie można znów swobodnie i bez ograniczeń wypoczywać w Helladzie.


 
LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK LICZNIK