Dzień 8: Suzhou i Szanghaj

Ja robię pranie, a czy tamci maja branie?
Czaruje czy medytuje?

Hotel Nanya w Suzhou Google wyszukuje obecnie jako South Asia Business Hotel (może zmienił nazwę, albo występuje od obydwoma). Wewnątrz prezentował się bardzo dobrze, ale z zewnątrz tak sobie. A to wszystko dlatego, że wysoka część mieszkalna ma okna umieszczone w wystających, ukośnych elementach, zwrócone na południe. Od strony wejścia i parkingu są niewidoczne, więc wygląda to na betonowy gmach pozbawiony okien. Korzystając z wolnej chwili po śniadaniu poszliśmy na krótki spacer, do pobliskiego parku (jednego z kilku w okolicy). Wystarczyło przejść przez dość ruchliwą ulicę, aby znaleźć się w zupełnie innej scenerii. Duży staw otoczony jest ze wszystkich stron drzewami i dobrze utrzymanymi trawnikami. Wielkie korony starych drzew zapewniają sporo cienia. Ale nasz wzrok bardziej od zieleni przykuła aktywność ludzi. Grupki mężczyzn na ławkach, czy młoda dziewczyna gimnastykująca się, to jeszcze nic nadzwyczajnego. Ale pan stojący nieruchomo nad brzegiem, na lekko ugiętych nogach, z wysuniętymi przed siebie rękami wyglądał jakby rzucał na coś w wodzie czary. Ale to pewnie tylko medytacja (Tai Chi?). Natomiast zupełnie rozbroiły nas panie, które w stawie robiły pranie - ubrań, jakiegoś dywanika - używając detergentów oraz archaicznej dla nas tarki, albo okładając pranie kijem. A kilka metrów dalej (dosłownie!) panowie łowili ryby. Oczywiście tabliczki zabraniały i jednego i drugiego. Taki lokalny folklor, w bogatym, 6-milionowym mieście. W powrotnej drodze do hotelu znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, jak w tak gorącym klimacie utrzymuje się kwitnące wzdłuż ulic kwiaty i piękne pasy zieleni. Minęła nas cysterna, z zamocowaną z tyłu armatą wodną, podobną do takich jakimi u nas naśnieża się stoki narciarskie. Z wielkiego (pewnie ok. 75 cm średnicy) otworu wydmuchiwała bardzo duży strumień drobno rozpylonej wody, która zraszała całą szerokość dwujezdniowej ulicy. Większość spadała na drogę, ale wiele też tam gdzie powinna - na pasy zieleni.

„Portki Suzhou” w biznesowym centrum miasta
30°C a pani zapomniała zdjąć zimową karoserię; bo kaledndarzowa zima?

Jezioro Tai Hu i chińskie ogrody

Suzhou leży nad jeziorem Tai Hu - trzecim pod względem wielkości jeziorem słodkowodnym w Chinach. Połączone jest ono z rzeką Jangcy oraz Wielkim Kanałem. Jezioro służy jako naturalny zbiornik retencyjny do nawadniania pól ryżowych, rybołówstwa oraz żeglugi. Ma też istotny wpływ na klimat Suzhou. Wapienne skały wydobywane z dna jeziora, są mocno zerodowane, nierówne i bardzo porowate. Wyglądają ciekawie, więc od setek lat służą jako element dekoracyjny w typowym ogrodzie chińskim - udając góry. (Taki wielometrowy kawał skały widzieliśmy w Pałacu Letnim w Pekinie)

Projektowanie i budowanie chińskich ogrodów to sztuka, oparta na chińskim malarstwie pejzażowym (zwanym Malarstwem Gór i Wód), zawierająca w sobie elementy poezji, kaligrafii, geomancji i religii chińskiej. Sztuka naprawdę wyrafinowana, z tradycją siegająca 3 tysięcy lat. Przy projektowaniu, dawniej i obecnie, poszukuje się harmonii i równowagi, unika symetri i regularności, a wszystkie elementy są perfekcyjnie dobrane i wykonane. Zasadom tym podlegają zarówno rozległe ogrody cesarskie jak i skromniejsze przyświątynne czy zupełnie prywatne. Każdy tradycyjny chiński ogród powinien składać się z kilku, wzajemnie dopasowanych elementów, z których prawie każdy ma znaczenie symboliczne. Ogród otoczony jest murem, zwykle malowanym na biało, który służy jako czyste tło dla kwiatów i drzew. Wewnątrz muru, niezależnie czy ogród ma hektar czy kilkanaście hektarów, powinny znaleźć się: woda (staw i jakiś strumień, bo stojąca woda oznacza śmierć), pawilony (ozdabiane malarstwem i kaligrafiami), kamienie i skały udające góry (z jeziora Tai Hu), mostki, zadaszone korytarze (pozwalające na poruszanie się nawet w deszczowe dni), często z oknami w murze. Takie okno to fragment krajobrazu, koncentruje na sobie spojrzenie zwiedzających, będąc jednocześnie żywym obrazem „oprawionym” w ramy okna. Ogród musi też mieć rośliny, ale przeważnie są to zielone krzewy i drzewa oraz mech, wyglądające dobrze niezależnie od pory roku; kwiaty są zbyt nietrwałe i przypominały by o przemijaniu życia. Znajdziemy tu wprawdzie azalie, piwonie, glicynie czy hortensje. Pełnią one jednak rolę akcentów, a nie stanowią dominanty, jak to często bywa w ogrodach Europy. Jeśli ogród jest duży, to czasem elementem jego krajobrazu jest wzgórze (niekoniecznie naturalne). Jedną z zasad tworzenia ogrodu jest też to, że jego powierzchnia dzieli się na mniejsze fragmenty - zwiedzający nigdy nie widzi całości ogrodu, zawsze tylko jego część (ogród w ogrodzie).

Ogród Mistrza Sieci - słynny pawilon kontemplowania piękna księżyca
Ogród Mistrza Sieci, po lewej pagórek

Suzhou oprócz miana „miasta kanałów” nosi też inne: „miasto ogrodów”. W czasach gdy stolicą było pobliskie Hangzhou, do Suzhou ściągali artyści, uczeni i kupcy. To dzięki nim zaczęły tu powstawać wspaniałe ogrody. Specjalnie dla potrzeb zasilania w wodę budowano do nich kanały. Od XIV wieku miasto przodowało w produkcji jedwabiu, a zyski z jego sprzedaży przeznaczane były m.in. na utworzenie prawie 300 nowych ogrodów, z których ponad 60 przetrwało do dziś (część jest wpisana na listę UNESCO). Największym ogrodem w mieście jest Zhuozheng Yuan (Ogród Pokornego Zarządcy) - ma 5 ha powierzchni, a został założony w 1513 roku. Z kolei powstały w 1149 roku ogród Wangshi Yuan (Ogród Mistrza Sieci) jest najmniejszy - ledwie pół hektara. Zastanawiałem się jak tak mały ogród może być ciekawy, atrakcyjny. Ale szybko okazało się, że może. I to bardzo.

Suzhou - Ogród Mistrza Sieci [PLAN]

Lekkie meble z epoki dynastii Ming
Naturalny obraz - okno wychodzące na zarośla babmbusa

Legenda mówi, że ukochany syn cesarskiego ministra poszedł kąpać się w rzece i o mało nie utonął. Na szczęście uratował go mieszkający w pobliżu rybak, łapiąc nieszczęśnika w swoje sieci. A uradowany ojciec, na pamiątkę tego wydarzenia, nazwał swój ogród imieniem wybawcy. (Inna wersja mówi, że wybudował ogród dla tego rybaka.) Czyli mniej poetycko Ogród Mistrza Sieci, to: Ogród Rybaka. Ale Chińczycy lubują się w takich poetyckich określeniach, w których często pojawia się słowo „harmonia” (wpływ taoizmu).

Ogród wokół rezydencji liczy sobie zaledwie pół hektara powierzchni, ale wydaje się o wiele większy. Jest tak zaprojektowany, że nigdy nie ma tu poczucia tłoku - i rzeczywiście tak było. Największe wrażenie robi ulokowany w środku ogrodu staw, przypominający naturalne jezioro o nieregularnych kształtach. Otaczają go pawilony do przyjmowania gości i zacienione miejsca widokowe. Na jednym z brzegów stoi najsłynniejsza chyba altana Suzhou ozdobiona czerwonymi lampionami, znana pod poetycką nazwą „Księżyc Wschodzi z Podmuchem Wiatru”. Ponoć służyła ona właścicielowi do kontemplowania piękna księżyca, odbijającego się w tafli stawu. Pozostała część ogrodu, znajdująca się wokół stawu, stanowi zawiłą kompozycję ponad dziesięciu większych i mniejszych dziedzińców, do których dociera się wąskimi, wijącymi się ścieżkami. Naszą uwagę zwróciło podłoże tych ścieżek (i dziedzińców) - wykonanane z mozaiki drobnych kamieni, z motywami roślinnymi i przedstawieniami mitycznych stworzeń. Układ ścieżek pozwala też oglądać najciekawsze zakątki ogrodu z różnych perspektyw. Dzięki temu ogród wydaje się rozległy i ciekawy.

Ciężkie meble z epoki dynastii Qing. Leżanka do zażywania opium
Tron ze skały pochodzącej z jeziora Tai Hu

Widzieliśmy tu wszystkie niezbędne w chińskim ogrodzie elementy: wodę, pawilony, skały, mostki (jeden z nich zyzgzakowaty - wg. feng shui blokuje to złą energię, która nie jest w stanie poruszać się po takich zygzakach), korytarze, ozdobne okna, a co ciekawe nawet mały pagórek - ułożony z pokrytych pnącą się zielenią głazów - wystawał zaledwie 2-3 metry nad poziom stawu, ale był! W pawilonach przypomnieliśmy sobie informacje zdobyte w Xi'an, dotyczące zdobnictwa pomieszczeń. Te zawierające pędy bambusa należały do mężczyzn, w tych zajmowanych przez panie nieodłącznie w dekoracjach pojawiały się kwitnące gałązki śliwy. Elementy te były w różnych miejscach - albo w postaci obrazów, grafik albo np. było to okno z widokiem na rosnące bambusy. Na wyposażeniu pomieszczeń były też meble z różnych dynastii: te z Ming były lekkie, delikatne, wręcz ażurowe. Z kolei te pochodzące z następnej dynasti (Qing) były ciężkie, solidne, a w blaty stołów czy oparcia krzeseł wkomponowane były marmurowe płyty. Takie płyty w meblach, albo oprawione w ramach, wiszące na ścianie, to też same w sobie dzieła sztuki - naturalne ciemne i jasne części skały układają się w górskie pejzaże. Jeden z mieszkańcow tego domu miał parę tygrysów - obrazy kociego rodzeństwa były częstym elementem dekoracyjnym, a ich prochy zostały złożone gdzieś na terenie ogrodu. Pod koniec zwiedzania nasuneła mi się taka refleksja: dla nas, mieszkańców Zachodu, ogród kojarzy się przede wszystkim z roślinami, reszta jest dodatkiem do nich. W Chinach jest na odwrót.

Sortowanie kokonów (pomarańczowej misie - podwójne)

Ogród nie zachował się w oryginalnym kształcie, był wielokrotnie przebudowywany, jednak w żaden sposób nie umniejsza to jego piękna, przeciwnie – sami Chińczycy uznają go za jeden z najwspanialszych w kraju. Jako jeden z niewielu zabytków Chin oznaczony jest najwyższym symbolem AAAA, podobnie jak Zakazane Miasto czy Wielki Mur. Z żalem opuszczaliśmy teren ogrodu, ale już czekała na nas kolejna atrakcja - sekrety produkcji jedwabiu naturalnego. Jeszcze tylko na koniec zakupy pamiątek - znaleźliśmy dwa ładne pejzaże chińskich ogrodów wyszyte jedwabną nicią. Suzhou to przecież chińska stolica jedwabiu, tu prawie wszystko kręci się wokół tego materiału.

Suzhou - fabryka jedwabiu

Pływające (i podskakujące) kokony podczas rozwijania
Na dole w wodzie kokony, a u góry kołowrotki z nawijaną nicią

To, że jedwabną nić produkują jedwabniki, a także to, że karmione są w tym celu morwą - wie każdy ze szkoły. Ale jak rozwinąć taki kokon, tak żeby nić, kilka razy cieńsza od ludzkiego włosa, nie zerwała się? Zawsze mnie to zastanawiało. Aż przyszedł dzień, który miał to wyjaśnić. Jednak zanim przeszliśmy na halę produkcyjną, musieliśmy poznać nieco teorii. Jedwab jest produkowany przez większość gąsienic ciem. Najlepszą jakość przędzy uzyskuje się jednak od gąsienic jedwabnika morwowego z Azji, potocznie nazywanego jedwabnikiem (też ćma). Według chińskiej tradycji, potwierdzonej badaniami archeologicznymi, włókno jedwabne było znane już około 2700 lat p.n.e., ale przez wieki metody wykorzystania i produkcji jedwabiu handlowego były dobrze strzeżone. Wywóz jedwabników oraz ich jaj poza Chiny był surowo karany, nawet śmiercią. Wyroby z jedwabiu transportowano na Zachód Jedwabnym Szlakiem, zarabiając na tym krocie. Z czasem Chińczycy zaczęli przenosić produkcję na zachód, aż do terenów Bizancjum, ale ciągle strzegli metody produkcji i samych jedwabników. W końcu jaja jedwabników oraz nasiona morwy, na której jedwabniki żerują, zaczęto przemycać z Chin do innych rejonów świata. Po raz pierwszy zrobili to dwaj mnisi w 550 r., ukrywając je w wydrążonych kijach (laskach?). Jednak nawet po sprowadzeniu jedwabników przez Arabów do Europy, nie uzyskano odpowiedniej opłacalności produkcji - ceny nadal były bardzo wysokie. Do dzisiaj, hodowanie jedwabników i produkcja jedwabiu najbardziej opłaca się w Chinach i w Indiach. Tysiące lat hodowli spowodowały, że owad ten nie jest już w stanie przetrwać bez opieki człowieka. Osobniki dorosłe mają zredukowane skrzydła i nie potrafią latać, są powolne, nie mają barw maskujących i nie wykazują odruchów chroniących je przed drapieżnikami. Żyją więc tylko w hodowlach.

Tu już naciągane warstwy z 10 kokonów
Podwójny kokon naciągany na ramę

Gąsienice jedwabnika, żerują wyłącznie na liściach morwy. Kiedy już osiągną odpowiednią dojrzałość, znajdują odpowiednie miejsce do przepotwarzenia - w naturze na liściach, w hodowli na sztucznych konstrukcjach: siatkach lub kratkach. Wytwarzają nić, z której budują wokół swego ciała kokon, coraz grubszy i bardziej zwarty. To ochrona przez drapieżnikami podczas przepotwarzania. Kokony zbudowane są z niezwykle długich nici (1,5 do 3 km z pojedynczego oprzędu) o szczególnych właściwościach fizycznych i wielkiej wytrzymałości. Aby uzyskać tę nić, nie można doprowadzić aby przepotwarzona w ćmę gąsienica przegryzła kokon - zabija się wcześniej, zanurzając kokon we wrzątku (na jakiś czas, żeby kokon zmiękł). No dobrze, ale jak trzymać kokon podczas odwijania, żeby mógł się swobodnie obracać, a zbyt mocne szarpnięcie nie zerwało nici? Okazuje się, że bardzo prosto. Kokony pływają w wodzie, pędzelkami zahacza się koniec nici, który przy namoczeniu odkleja się od kokonu. Nić przepuszcza się przez prowadnice i nawija na kołowrotki, a kokon cały czas jest w wodzie, podskakując lekko podczas odwijania. (Zobacz FILM) Siła wyporu równoważy ciężar, więc nić jest tylko delikatnie naprężona, a kokon może się swobodnie w wodzie obracać. Sprytne! Dodatkowo, żeby od razu uzyskać grubszą i mocniejszą nić, już na etapie rozwijania jej z kokonu skręca się od kilku do kilkunastu nici razem i jako jedną nić nawija na kołowrotek. Potem wystarczy wysuszyć nić gorącym powietrzem i produkcja zakończona - można prząść jedwabny materiał. Tkaniny jedwabne charakteryzują się połyskiem, są gładkie, śliskie, wiotkie, miękkie, lekkie, cienkie i bardzo przyjemne w dotyku. Niegdyś stosowane jako podłoże malarskie, zwłaszcza w sztuce orientalnej.

Rozciąganie warstwy złożonej ze 100 kokonów
Gotowe wyroby jedwabne w sklepie (na półce pakunki z kołdrami)

Kiedyś, gdy zdarzało się czasem, że jeden kokon utworzyły dwie złączone gąsienice, był on wyrzucany. Włókna wytwarzane przez oba osobniki były splątane ze sobą i nie dawało się ich rozdzielić. A obecnie wytwarza się z nich kołdry. Namoczony kokon rozciąga się na ramę w kształcie podkowy, o wielkości tależyka. Kiedy zbierze się 10 warstw, naciąga się je na znacznie większą ramę i znów nakłada dziesięć warstw na siebie. Kiedy mamy taką zbitkę 100 warstw, po wysuszeniu rozciąga się ją na stół, wielkości kołdry, potem kolejne takie same warstwy, aż uzyska się gruby na kilka centymetrów wsad do kołdry. Podobno kołdry (i poduszki) z jedwabiu mają jakieś szczególne właściwości zdrowotne, a przy tym są lekkie, ciepłe i bardzo trwałe (nawet 20 lat). Nasza pilotka zachęcała do kupienia, sama dając przykład - podobno zawsze przywozi dla kogoś z rodziny/znajomych. I większość uczestników wycieczki kupiła, choć my nie. Pracownicy sklepu pakują i ściskają te kołdry, tak że powstaje całkiem poręczny pakunek, wielkości dużej aktówki - nie ma z tym problemu przy wylocie, to interes dla państwa, więc obsługa na lotnisku przymyka oko na dodatkową, lekką sztukę bagażu podręcznego. W sklepie przyzakładowym, były też różne tkaniny jedwabne oraz niezliczone ilości ubrań, krawatów itp. Ale to cieszyło się mniejszym powodzeniem (ceny!), choć z kolei my tu znaleźliśmy drobiazg dla siebie. A że była to fabryka państwowa, znów bez problemu można było płacić dolarami. Na koniec jeszcze ciekawostka - jak odróżnić jedwab naturalny od sztucznego? Wyglądają identycznie, w dotyku też nie ma różnicy. Generalnie bardzo trudno - amator nie rozróżni. Handlowcy kupujący całe bele tkaniny mają jednak prosty sposób - podpalają końcówkę materiału. Naturalny pali się wydzielając biały dym i swąd palonych włosów, a sztuczny: czarny dym i swąd palonego plastiku.

Szanghaj Tower

Stare dzielnice powoli ustępują nowym...
Wieżdżamy do Szanghaju - miasta o niezwykle wysokiej zabudowie

Obiad w Suzhou był wyjątkowo dobry - chyba pierwszy raz opróżniliśmy wszystkie miski z daniami. Musieliśmy się też najeść za kolację, której dzisiaj wyjątkowo nie będzie - zamiast niej będzie jutro lunch, którego nie ma w planie. Dla nas to lepiej, łatwiej coś sobie zrobić do jedzenia wieczorem w hotelu, niż szukać czegoś w czasie zwiedzania. Jedziemy do Szanghaju, ostatniego miasta na trasie naszej wycieczki. Z Suzhou to zaledwie godzina jazdy autostradą. W tym czasie niektórzy z nas drzemią, zmęczeni, nie tylko dzisiejszym dniem, ale już ponad tygodniową podróżą. Pilotka, snuje opowieści o celu naszej podróży - staram się jak najwięcej zapamiętać, ale nie jest już łatwo. Chyba na kolejną objazdówkę wezmę dyktafon. Szanghaj to jedno z najbardziej niezwykłych miast - nie tylko Chin, ale i całego świata. Zdumiewa nowoczesnością i rozmachem, ale w którym nadal można jeszcze odnaleźć wąskie uliczki z małymi, zniszczonymi przez czas domami, usytuowanymi na tle nowoczesnych drapaczy chmur. A nawet całe kwartały takich niskich ciasnych domów, sprzed 120 lat. To może się wydawać niewiarygodne, ale zaledwie tyle lat liczy to miasto - w 1900 roku w miejscu, gdzie stoją obecnie najwyższe budynki (z 2. pod względem wysokości na świecie) - w dzielnicy Pudong - była jeszcze skromna wioska rybacka. Po drugiej stronie rzeki już budowano kamienne, monumentalne budynki, wzorowane na wiktoriańskiej Anglii (dzielnica Bund). Te budynki stoją tam po dziś dzień, niewiele się zmieniając. Za to drugi brzeg przeszedł niesamowitą metamorfozę. Do końca lat '80 XX w. miasto było zamknięte dla kapitału zagranicznego. Kiedy jednak władze w Pekinie postanowiły to zmienić, nadając mu ulgi podatkowe, wzrost gospodarczy wręcz wystrzelił jak rakieta (10-15% rocznie). W 1991 r. zaczęto stawiać fundamenty nowoczesnej dzielnicy, a po zaledwie 10 latach było już tam nowoczesne miasto, z kilkunastoma drapaczami chmur, w tym liczący 421 metrów Jin Mao Tower. W ciągu następnych 15 lat liczba drapaczy chmur, czyli budynków o wysokości conajmniej 150 m przekroczyła już 100 (Chińczycy za drapacze uznają już budynki 100 m - takich w Szanghaju jest ok. 300). Niesamowity rozwój miasto zawdzięcza portowi - dogodnie położonemu na szlaku handlowym. Już na początku XX w. był to największy port chiński, a obecnie to 3. pod względem wielkości port świata - brama do Chin i wizytówka tego kraju.

Shanghai Tower i niższy o 200m Jin Mao
Dzielnica Pudong z „dziurawym” Otwieraczem do Butelek i iglicą Jin Mao

Ze względu na kiepskie prognozy pogody na kolejne dni, pilotka zdecydowała, że wjazd na najwyższy budynek przeniesiemy na dzisiaj, dopóki jest jeszcze jako-taka widoczność. Na szczęście nie wymagało to wcześniejszych rezerwacji - praktycznie z marszu można tam wejść i wjechać na górę. Shanghai Tower jest najwyższym w Chinach oraz drugim pod względem wysokości budynkiem na świecie, niższym tylko od Burdż Chalifa w Dubaju. (Poprawka w 2024 roku: obecnie jest już trzecim na świecie, drugim jest Merdeka 118 w Kuala Lumpur w Malezji.) Liczy 632 metry wysokości - prawie 200 m więcej niż sąsiedni Jin Mao, który przez kilkanaście lat górował nad miastem. W bezpośrednim sąsiedztwie jest jeszcze trzeci niezwykły drapacz chmur - Shanghai World Financial Center (SWTC), popularnie zwany Otwieraczem do Butelek - 492 m. Jeszcze rok wcześniej, uczestnicy takich wycieczek jak nasza właśnie na niego wjeżdżali - Shanghai Tower otwarto dopiero w 2017 r., po prawie 10 latach budowy (2 lata opóźnienia). Ale my na niego będziemy mogli spojrzeć z góry. Winda ruszyła bardzo płynnie i po chwili już pędziliśmy 18 m/s czyli 65 km/h! Taras widokowy na 118 piętrze (546 m) osiągnęliśmy po zaledwie 50 sekundach, znów delikatnie, bez przeciążeń hamując. Wyżej niestety nie można wjechać turystycznie, ale jak tylko podeszliśmy do okien - w zupełności nam to wystarczyło. Całe miasto leżało u naszych stóp, łącznie z dwoma wysokimi sąsiadami i dziesiątkami innych wieżowców. Przecinała je na dwie połowy jasna, błyszcząca wstęga rzeki Huangpu (kolor: kawa z mlekiem). Na jej drugim brzegu, blisko linii horyzontu, jest gdzieś dzielnica japońska, gdzie będziemy nocować. Gigantyczna, 24-milionowa metropolia z tej perspektywy wydawała się niezbyt duża. Ale faktycznie Szanghaj zajmuje prawie dwa razy mniejszą powierzchnię niż Pekin, mając więcej mieszkańców. Inna sprawa, że odległe od centrum dzielnice spowijała mgła, więc miasto mogło wydawać się mniejsze niż jest to w rzeczywistości. Pamiętam, jak z tarasu Pałacu Kultury i Nauki (114 m) można było zobaczyć spacerujących ludzi, wyglądających jak mróweczki - z tej wysokości podobną wielkość mają samochody, a pojedynczych ludzi bardzo trudno jest dostrzec. (W recenzjach poprzednich uczestników takiej wycieczki pojawiały się opinie, że wjazd na Shanghai Tower można „odpuścić” - ja jestem przeciwnego zdania!)

Pokazy akrobatów ERA

Ciężka, ceramiczna donica podrzucana na głowie
To nie są zwykłe skoki - podest z obręczami obraca się

Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na pokaz akrobatów ERA. Cóż to takiego? Najprościej mówiąc: cyrk (nawet namiot podobny), tylko bez zwierząt. Przyjemne widowisko, choć niewiele wnoszące w temacie „poznawanie Chin”. Właściwie, kto był choć raz w cyrku, mógłby poczuć się rozczarowany (jazdy na rowerze, trampolina, występy na batucie itp.), gdyby nie pokaz finałowy, z którego niestety nie wyszły zdjęcia (ale wyszedł film!). W wielkiej, ażurowej kuli jeździ motocyklista -  w pionie, w poziomie - zdawałoby się, że niewiele przejmuje sie grawitacją. Ale podobny pokaz widziałem już wcześniej w telewizji, więc niby nic nadzwyczajnego. Tak było, do momentu, kiedy do kuli nie wjechały kolejne motocykle! Ostatecznie zmieściło ich się tam 8. Przy tej ilości nie byli w stanie jeździć po jednym okręgu - utworzyli dwa okręgi (5 i 3 motocykle). Przy czym w każdym okręgu odległość pomiędzy motocyklami, jadącymi gęsiego, jeden za drugim, nie przekraczała metra. To już było niesamowite zważywszy dodatkowo na prędkość z jaką się poruszali. A musiała być duża, żeby byli w stanie utrzymać się jadąc głową w dół. I jeszcze jeden etap był ciekawy - z zaledwie 4 motocyklami ale jeżdżącymi po przecinających się okręgach. To już nie lada pokaz, niestety nie mam go na filmie (karta mi się zapełniła i musiałem usuwać). Choćby dla samego występu finałowego warto było w tym uczestniczyć.

wstecz dalej