WYPRAWA NA MITIKAS '2003

Moja wyprawa życia :)
WYPRAWA NA SZCZYTY OLIMPU
CEL - MITIKAS 2918 m n.p.m.

Fascynacja Olimpem oraz nieodparta chęć wdrapania się na jego najwyższy szczyt narodziła się u mnie 3 lata temu, kiedy w lecie 2000 roku, będąc drugi raz w Grecji, wybrałam się na wycieczkę "Olimp i Dion" organizowaną przez tamtejszych rezydentów. Wtedy autokar wwiózł nas do schroniska Stavros na wysokość 944 m,


na Stavros w 2000 roku

gdzie był doskonały punkt widokowy na szczyty oraz na morze i skąd widać było najwyższy szczyt Olimpu - Mitikas 2918 m [różne źródła, w tym także wydawnictw greckich podają raz 2918, raz 2917 m n.p.m.]. Od tamtej pory, zawsze, gdy byłam w tamtym miejscu lub w okolicy z widokiem na Olimp, tęsknie spoglądałam w górę, mając cichą nadzieję, że kiedyś może uda mi się tam dotrzeć i postawić moją skromną stopę na najwyższym szczycie Olimpu no i mojej ukochanej Grecji. W następnym roku, 2001, będąc po raz trzeci w Grecji, miałam wielkie plany wybrać się na Olimp. Nasz rezydent był jednak przerażony myślą, że chcę się tam wybrać sama. Pomimo to wręczył mi opisy wypraw na Mitikas wydrukowane z paru stron www. Po przestudiowaniu tamtych materiałów okazało się, że nie jestem przygotowana na taką wyprawę. Nie miałam nic na długi rękaw, w razie nagłej zmiany pogody, nic na deszcz, no i nie miałam dobrych butów, poza jakimiś sportowymi 'adidasami', które wydały mi się niewystarczające po przeczytaniu wydruków. Z poczuciem niespełnienia oddałam Jorgosowi (bo tak miał na imię jeden z naszych rezydentów) te wydruki, obiecując sobie jednak, że za rok przyjadę z pełnym wyposażeniem i w pełni przygotowana na taką wyprawę. W końcu nadszedł kolejny czas wyjazdu do Grecji. Lato 2002. Tym razem zabrałam ze sobą kilka rzeczy na ewentualne chłodniejsze temperatury w górach, wygodniejsze 'adidaski' i byłam w pełni gotowa na wypad w góry. Jednak tym razem miałam nadzieję, że pójdę tam ze znajomym, z resztą wydawało mi się, że razem się tam wybieramy. Niestety znajomemu wypadły ważniejsze obowiązki i było już za późno, żeby szarpnąć się na najwyższy szczyt. Pojechaliśmy tylko w kilka cudownych miejsc, które są dostępne samochodem, także na Stavros.


na Olimpie w 2002

I znów tęsknym wzrokiem spoglądałam na mój szczyt marzeń. Były to ostatnie dni mojego pobytu w Grecji, dlatego nie zdążyłabym już zorganizować sobie wyprawy na własną rękę. I tym razem Mitikas pozostał w sferze moich marzeń, jak zwykle do następnego roku. I nadszedł czas urlopu 2003. Druga połowa lipca 2003 r. Tym razem podjęłam konkretne środki, aby spróbować już wcześniej odnaleźć osoby chętne na taką wyprawę. Umieściłam w paru miejscach na Internecie moje ogłoszenie, że wybieram się w tym i tym czasie na Mitikas i chętnie przyłącze się do osób, które też się tam wybierają. Moim hasłem rozpoznawczym było: "Zdobywcy szczytów Olimpu łączcie się". Ku mojej radości miałam dwa odzewy. Cieszyłam się, że jeśli jedno towarzystwo zrezygnuje, to na pewno pójdę z drugim towarzystwem. Poczyniłam więc następne przygotowania w postaci znalezienia dość sporo opisów wypraw na Mitikas na stronach www. Chciałam wiedzieć jak tam jest, co mnie tam czeka, może będą jakieś zdjęcia ze szlaku, to obejrzę sobie, jak to tam wszystko wygląda, na co mam się nastawić. Wybrałam najbardziej szczegółowe opisy, wydrukowałam sobie je i czułam się uświadomiona. Opisy dawały jakiś obraz tamtejszych gór, jednak zbyt mała ilość zdjęć ograniczyła wyobraźnię do tego, co wynikało z opisów. W kilku miejscach znalazłam stwierdzenia, że do przejścia jest parę "trudniejszych" fragmentów, np. "schody nieszczęścia" i potem ostatni odcinek jest "trudniejszy". Podłoże z drobnych kamieni i lawiny skalne jakoś nie wydawały mi się takie straszne z opisów, żeby ich nie przejść, a te "trudniejsze" fragmenty jakoś nie dawały aż takiego przerażającego i odstraszającego odczucia, żeby zrezygnować z próby wyprawienia się tam. No to postanowiłam tym razem tam wejść za wszelką cenę. Przygotowałam się jeszcze lepiej niż we wcześniejszym roku. Zaopatrzyłam się w specjalne buty, przeznaczone do chodzenia po górach, polar [tu podziękowania Milce!] na ewentualne nagłe ochłodzenie klimatu (dowiedziałam się, że na górze jest o wiele zimniej niż na dole), spodnie z dłuższymi nogawkami, bluzy z dłuższym rękawem, czapkę z daszkiem (gdyż ponoć słońce mogło nieźle grzać w mózg), przeciwdeszczowy płaszcz, materiały opatrunkowe na ewentualne obtarcia (gdyż chodząc po polskich górkach często mi się to zdarzało), i sporo innych pomocniczych środków w razie jakichś dolegliwości, potem już tylko w planie coś do jedzenia i dużo wody. Pierwotnie planowałam poświęcić na tę wyprawę 2 dni, gdyż wyczytałam gdzieś, że tak jest najlepiej. Także ekwipunek miał być spory. No i w końcu przyjechałam do Grecji do znanej miejscowości turystycznej na Riwierze Olimpijskiej - Paralia (Katerinis). Jedyną moją zaplanowaną wycieczką, jaką zamierzałam odbyć w tym roku była właśnie indywidualna wyprawa na Mitikas. W Katerini - stolicy regionu Pieria - zaopatrzyłam się w mapkę Olimpu, jednak nie była zbyt szczegółowa we fragmencie, który mnie interesował.


fragment mapki Olimpu

Miałam jeszcze inna mapkę Pierii, kupioną rok wcześniej. Ona również nie była zbyt szczegółowa dla odpowiedniego fragmentu Olimpu.


fragment innej mapki Olimpu

Kupując mapkę w Katerini, sprzedawca zainteresował się, czy się wybieram na Mitikas. Kiedy się dowiedział, że wybieram się tam sama, był bardzo przerażony tą myślą. Ostrzegał przed nagłymi zmianami pogody, przez zimnem, deszczem, gwałtownym wiatrem, piorunami, a czasem nawet śniegiem. Czym oni tacy przerażeni??? Już któryś raz spotykam się z taką reakcją... Po przyjeździe do Paralii, udałam się na spotkanie w sprawie wspólnego wypadu w góry z towarzystwem z ogłoszenia, które było na miejscu. Wkrótce okazało się, że niestety to towarzystwo odpada. Ale jeszcze zostało mi towarzystwo z Nei Pori, które również chciało pójść w góry. Po kilku telefonach okazało się, że i to towarzystwo odpada. Nie idą. Pomyślałam sobie: "nie to nie, mam was gdzieś ;) łaski bez, pójdę sama"!!! Uparłam się!!! Uparłam się strasznie. Takie wielkie przygotowania poczyniłam i teraz miała bym zrezygnować tylko dlatego, że nikt ze mną nie idzie??? O nie!!!! Przez 9 dni do tej pory bawiłam się, wypoczywałam, czynnie i biernie, od czasu do czasu korzystałam z upojnego lenistwa wygrzewając się podczas wielkich upałów na plaży. Na 10 dzień mojego pobytu zaplanowałam wyprawę na Mitikas. Był dzień 25 lipca 2003 r. Zabrałam ze sobą do plecaka wcześniej opisywany cały ekwipunek. Zaopatrzyłam się nawet w mapkę Katerini, żeby szybciej i łatwiej dotrzeć na dworzec ichniejszych PKS-ów, czyli KTEL. Fragment planu miasta.


fragment planu Katerini

Planowałam dotrzeć do Katerini autobusem podmiejskim, jakie tam z Paralii odjeżdżają z częstotliwością plus minus 15 minut. Bilet normalny kosztuje 0,90 €, wygląda tak:


bilet do Katerini

Wstałam tego dnia dość późno, bo o 7:00, nie wiedząc jak to się wszystko w czasie poukłada. Liczyłam chyba na korzystny bieg wydarzeń. Koło godziny 8:00 wyszłam z hotelu, kierując się jeszcze po drodze po kanapki. Pierwszy korzystny zbieg okoliczności. Znajomy znajomego akurat wracał z nocnej zmiany do domu do Katerini i stwierdził, że podrzuci mnie na motorze (a propos on też był zszokowany myślą o tym, że wybieram się na Mitikas sama). Miał mnie podrzucić prosto na dworzec autobusowy KTEL. Super! Jeden problem mniej! Nie muszę się martwić, jak tam dotrzeć. Według rozkładu jazdy autobusów, który dostałam od rezydentki naszego biura podróży, za jakieś 15 minut od przybycia na dworzec miałam mieć autobus do Litochoro. Niestety po przybyciu okazało się, że 6 minut temu odjechał autobus do Litochoro, a następny dopiero za prawie godzinę! No tak! Zmienił się rozkład jazdy KTEL!!! Aktualny rozkład jazdy SUMMER 2003 poniżej:


rozkład jazdy KTEL strona 1

rozkład jazdy KTEL strona 2

W kasie zakupiłam bilet do Litochoro za 1,60 €,


bilet do Litochoro

a potem już tylko czekałam zwiedzając ten dworzec.


na dworcu autobusowym


dworzec autobusowy KTEL w Katerini od frontu

Autobusem jechało się do Litochoro ok. pół godzinki, także przed godz. 10:00 byłam w Litochoro na placu z fontanną, obok cerkwi.


obok cerkwi w Litochoro

W tym momencie trzeba dodać, że zaplanowałam wystartować w góry z wysokości 1100 metrów, czyli z miejsca Prionia. Gdyby chcieć iść tam pieszo drogą lub wąwozem Mavrolongos, zajęłoby to ok. 5 godzin. Stwierdziłam, że jeśli ma mi braknąć potem sił na wejście na Mitikas, to lepiej podjadę sobie do Prionii taksówką. I tu kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności. Na początku podeszłam do taksówki granatowej, gdyż była tylko ta jedna. Okazało się, że taksówka jest z Salonik i pan nie pojedzie. Po kilkuminutowym spacerku po placu podjechała taksówka z Litochoro, więc czym prędzej skierowałam się w jej stronę, tak samo jak pewna młoda parka. Oni też chcieli jechać na Prionię. Dogadaliśmy się, że podzielimy się kosztami na 3, gdyż taksówka miała kosztować 20 €. Tych dwoje młodych ludzi okazało się Szwajcarami, którzy chcieli wjechać na Prionię i z powrotem zejść wąwozem. Moje plany były jednak podniebne, więc umówiłam się z taksówkarzem, że jutro jak będę schodzić to po niego zadzwonię. Zdjęcie wizytówki taksówkarza.


wizytówka taksówkarza z Litochoro

Tylko, kto by pomyślał, że na tej wysokości, jak się za chwilę okaże, już nie będzie zasięgu!! Wysiadłszy na Prionii i rozglądając się nieśmiało, czy aby tu nie ma jakichś ludzi, którzy się wybierają na szczyt, ruszyłam z aparatem.


na parkingu Prionia

Co ci ludzie ze zdjęcia się tak dziwnie na mnie gapią??? Nie widzieli dziewczyny wybierającej się samotnie na podbijanie szczytów??? ;) Pan taksówkarz wcześniej poinformował mnie, że jeśli idę dalej 'up', to tam (i wskazał gdzie) jest wejście na szlak. Skierowałam się w tamtą stronę. Tam przy wejściu na szlak była tablica informacyjna Olympus National Park z widokiem poglądowym na pasmo i ogólnym zaznaczeniem na górach szlaków. Oczywiście pamiątkowe zdjęcie musiało być.


tablica informacyjna na Prionii

Do tablicy zbliżali się jacyś ludzie, pomyślałam, że ich poproszę o zrobienie fotki. Usłyszałam, że rozmawiają po polsku. "Polacy! Jak miło! Jak miło spotkać tu Polaków!" - krzyknęłam z radości. Spytałam czy wybierają się na szczyt, czy na sam szczyt i czy mogę iść z nimi. Będzie mi raźniej. Oczywiście się zgodzili i to był kolejny szczęśliwy dla mnie zbieg okoliczności. Dlaczego? Potem się okaże. Wyruszyliśmy o 10.40, czyli dość późno, jak na taką wyprawę. Czekał nas jeszcze największy upał po drodze. Weszliśmy na szlak E4 - oznaczony na żółtych tabliczkach. Na kamieniach było oznaczenie szlaku liczbami. Były wymalowane czerwoną farbą kolejne liczby. Trudno więc byłoby o zabłądzenie lub zejście ze szlaku. Do schroniska Spilios Aghapitos - Refuge A - miało być 2,5 godziny. Jednak w przewodnikach poleca się przeznaczyć na tę trasę 3 godziny. Weszliśmy w las. Tu początkowo przy ścieżce były drewniane poręcze i sztucznie utworzone z belek schodki. Na tym odcinku szlaku schodziło już z powrotem sporo ludzi, różnych narodowości. Polacy oczywiście też byli. Pamiętam też sporo "Geia Sas", czyli Grecy. Dało się słyszeć wiele "Hello" i "Hi" - trudno ocenić, jakiej ci byli narodowości. Tu, gdy oczom pojawił się ładny widoczek, zaraz robiłam zdjęcie.


pierwszy widoczek

Na początku szlak prowadził przez las i to dość nawet ostro pod górę. Zrobiliśmy przerwę po godzinie marszu i już wtedy byłam cała zlana potem.


pierwszy odpoczynek

Towarzyszy wyprawy było sześciu.Okazało się, że są oni z Krakowa i z Zakopanego, także taka wyprawa to dla nich pewno nic nadzwyczajnego, skoro mają pewnie Tatry zaliczone, a niektórzy nawet wyżej niż Tatry. Kolejne ponad 2 godziny, to była droga do schroniska Refuge A do wysokości 2100 m n.p.m. Przed samym schroniskiem wyprzedziły nas muły, które służyły jako transportery. Były całe obwieszone tobołkami, ale szło im nieźle!


refuge A - muły


refuge A - mułki znowu

No i oczywiście trzeba było uwiecznić się na zdjęciu z tablicą informacyjną o tym, że to już wysokość 2100 m.


refuge A 2100

Spod drzewa, gdzie większość turystów odpoczywa zrobiłam zdjęcie na domek schroniska.


refuge A - schronisko

I pod tym drzewem.


refuge A - drzewo odpoczynku

W tym miejscu skończył mi się film w aparacie i chciałam zmienić na następny. Wyobraźcie sobie moje przerażenie w oczach, kiedy stwierdziłam, że w plecaku mam zamiast nowego filmu, stary wcześniej wypstrykany!!! Zawał! Przerażała mnie myśl, że mogę nie mieć zdjęć z ciągu dalszego wyprawy. Szybko pobiegłam do schroniska, na szczęście mieli filmy. Uffff, co za ulga (oczywiście po powrocie do hotelu okazało się, że zaginiony film był w plecaku). Po stosownym odpoczynku, skorzystaniu z wc schroniska, do którego udało mi się przemycić nieoficjalnym skrótem, oraz po zaopatrzeniu się w wodę z kranu tamtejszej łazienki, wyruszyliśmy dalej. Ze schroniska Spilios Aghapitos na szczyt miały być jeszcze 3 godziny. Nieco powyżej schroniska był ładny widok na schronisko w drzewach i chmurach. Oczywiście zrobiłam zdjęcie.


nieco wyżej schroniska

Chciałam zrobić jak najwięcej zdjęć, które opisywałyby szlak i mogły później innym pokazać jak to wszystko wygląda. Powyżej schroniska las już się rozrzedzał i tylko gdzieniegdzie pojawiały się pojedyncze drzewka, a potem już tylko krzaczki i - wyglądające na wyschnięte - trawy.


wyżej...

Chmurki wisiały gdzieniegdzie nad nami, ale chyba większość z nich była poniżej naszej wysokości.


i wyżej...

W końcu na szlaku nie było już prawie żadnej roślinności i zaczęła się ścieżka biegnąca po gruzie skalnym, w towarzystwie usypanych odłamków skał i drobnych kamieni, które łatwo mogły usuwać się spod nóg. Odwróciłam się i zrobiłam zdjęcie w tył.


i spojrzyjmy za siebie w dół...

A potem zdjęcie do przodu do góry.


i wyżej...

Tam już daleko przede mną podążali towarzysze mojej wyprawy. Na tym etapie drogi zaczęłam już odczuwać, że mam ciężki plecak i serce waliło mi jak szalone. Pani Małgosia radziła wcześniej, żeby iść wolnym równym tempem i bardzo głęboko oddychać. Nie mogłam jednak złapać takiego tempa i moje serce się szybko męczyło, powodując, że ciągle musiałam przystanąć na chwilę. Dlatego zostałam w tyle. Pan Andrzej wspiął się na skraj i zasuwał granią. Teraz widzę, że na zdjęciu uwieczniły się żółte kwiatki. Co one tam robiły??? Takie samotne wśród tych kamieni. W końcu naszym oczom ukazały się wierzchołki. Nie omieszkałam zrobić zdjęcia.


piękny widoczek

I w tym momencie także odwróciłam się w tył, żeby uwiecznić drogę, którą szłam jak wyłaniała się wśród zboczy.


i znowu spojrzyjmy za siebie...

Na tym etapie spotkaliśmy Czechów, którzy właśnie schodzili. Jednak oni nie odważyli się pójść na Mitikasa. Wkrótce po tym weszliśmy na pierwszy szczyt. Usłyszałam: "pierwszy zaliczony". Była to Skala o wysokości 2866 m n.p.m.


Tadaaaam! Pierwszy szczyt zdobyty!

Już tutaj byłam na wysokości przewyższającej nasze Tatry. Tu był odpoczynek przed decydującym starciem z najwyższym szczytem Olimpu - Mitikasem. Ze Skali ledwo widać było łopoczącą na Mitikasie flagę grecką. Na Skali była tabliczka informacyjna, że w lewo jest szlak na Skolio (2911 m), a w DÓŁ (!!!) droga na Mitikas (2918 m).


to jest Skala

I tu się zaczęły schody! I to niejednoznaczne! Po pierwsze prawie zwątpiłam, że dam radę pójść dalej, gdyż to, co do tej pory przeszłam, w porównaniu z tym, co przede mną, bardzo się różniło. Zaraz na prawo ze Skali w dół w wąskiej szczelinie prowadziły Kaki Skala (schody nieszczęścia). Drogę wskazywały czerwone plamy namalowane farbą na skałach. Był to dość stromy i skalny odcinek, którego nigdy w życiu nie marzyłabym nawet przejść. Do tego ogromna otwarta przestrzeń. W momencie, gdy szlak z dość łatwego drastycznie zmieniał się w dość strome, skalne ściany, pan Marek spytał mnie, czy chodziłam po takich górach. Ja oczywiście nie chodziłam. Spytał też, czy nie mam lęku na ekspozycje itp. Lęku na szczęście nigdy nie miałam i nie mam, więc nie przerażały mnie ogromne przestworza, które miałam przed sobą schodząc po schodach nieszczęścia. Wcale się nie dziwię, że ten odcinek tak się nazywa, mnie poraził swoją stromizną, widoczną trudnością i poszarpaniem. Jak ja miałam z tego zejść! Myślę, że gdybym była tu sama, moja wyprawa na tym by się skończyła. Wydawało mi się to nie do przejścia dla mnie. Przecież nigdy nie chodziłam po takich górach! Kiedy jednak trzeba było zacząć się wspinać, pan Marek poinformował mnie, jakie obowiązują zasady w takich górach, jak należy chodzić i się wspinać. Teraz się dopiero dowiedziałam. Mówił o zasadzie trzech punktów podparcia, tzn. że kiedy dwie nogi są podparte stabilnie i jedna ręka, to druga ręka w tym czasie szuka, gdzie się złapać. A także na odwrót, gdy trzyma się mocno dwiema rękami skał i jedna noga stabilnie stoi, druga noga wtedy szuka gdzie stanąć. Mówił, że należy unikać ruchomych skał i kamieni, jak też żeby nie stawać na kamieniach obsypanych małymi kamyczkami, gdyż można się na nich pośliznąć. Wszyscy z towarzystwa byli daleko z przodu i wspinali się dzielnie, a ja pomalutku szłam na samym końcu, a pan Marek towarzyszył mi cały czas, wskazując, którędy iść. Kiedy nie wiedziałam co dalej i wydawało mi się, że nie ma następnego kroku, pan Marek czekał na mnie i zaraz pokazywał, którędy droga. Miałam dzięki panu Markowi, troskliwą opiekę, asekurację i pomoc w przejściu tych najtrudniejszych odcinków. Kiedy zeszłam z Kaki Skala zrobiłam zdjęcie. Szczyt wyrastający przede mną był przepiękny.


A tamto... ale widok!

Tu jednak skończyła się era wyprawy z aparatem na szyi. Kolejny odcinek był zbyt ciężki dla mnie, żebym miała narażać się na huśtawkę aparatu, przez którego mogłabym stracić równowagę. W bezpieczniejszym miejscu zdjęłam plecak i schowałam aparat. Widziałam już, co czeka mnie teraz.


Podejście na Mitikas!!!

Kilkoro moich towarzyszy siedziało już na ostatnim podejściu na Mitikas. Na szczycie teraz już było wyraźnie widać słupek i flagę. Kiedy ja stanęłam u stóp tego miejsca, gdzie oni wtedy byli, spojrzałam na tę stromą ścianę przede mną i powiedziałam: "ja pierdziele, i ja mam tam wejść???" Wydawało mi się, że to jest nie do pokonania dla mnie. To była czysta żywa skała, do wspinania się według wcześniej poznanych zasad, trawersowania, wchodzenia na spajdermena (jak ja to mówię) i do zdobycia! Pan Marek był cały czas przy mnie i powiedział, że jeszcze tylko parę metrów, że dam radę :). I rzeczywiście wyglądało to bardzo strasznie, niż potem się okazało do wejścia. Za parę minut byłam już na szczycie Mitikasa - 2918 m - najwyższym szczycie Grecji, szczęśliwa, że spełniło się jedno z moich największych marzeń, które od paru lat chodziło mi po głowie. Byłam zdobywcą najwyższego szczytu Olimpu. Jakże byłam dumna z siebie! Od Refuge A wejście zajęło nam ok. 3 godzin. Celem na szczycie Mitikasa, było także wpisanie się do księgi pamiątkowej. W blaszanej puszcze, na słupku przytwierdzonej, była księga pamiątkowa, w formie zeszytu. Długopis tamtejszy był wypisany. Jak dobrze, że wzięłam z sobą z myślą właśnie o tym! Księga założona była zaledwie 3 dni temu, a już było parę dobrych kartek zapisanych. Były tam też polskie wpisy. Niektórzy dziękowali Zeusowi, że mogli tam wejść. Wpisałam się oczywiście, także z moim hasłem przewodnim, pod datą 25.07.03 r. :) Podczas wpisywania mam zdjęcie.


Wspinaczka warta wpisu!

Tuż za chwilę pamiętne zdjęcie z flagą Grecji. Ale tam jestem dumna.


Elinida - zdobywcą Mitikasa!

I jeszcze tylko zdjęcie dziewczynom jak wpisują się do księgi pamiątkowej, widać tu wyraźnie tę puszkę przytwierdzoną do słupka.


Inni też się wpisali

I jeszcze tylko jedno zdjęcie w stronę zejścia...


a tak tam bylo...

I jedno z Mitikasa.


i tak...

Chwila odpoczynku i zejście rozpoczęło się o 17.45. Wchodzenie na szczyt zajęło nam z przerwami ok. 6 i pół godziny. Pogoda tego dnia dopisała. Na szczycie nie było jakoś szczególnie zimno. Może parę stopni mniej. Słonecznie, bardzo rzadko pojedyncze chmurki. Większość ekwipunku okazała się zbędna. Zejście planowaliśmy tą samą trasą. Kiedy spojrzałam z góry na zejście, pomyślałam sobie, że teraz to chyba tu zostanę albo będą musieli mnie zwieść helikopterem, bo nie widzę tego schodzenia. Teraz dopiero wyglądało to koszmarnie. Wejść jest łatwiej, tylko że potem trzeba zejść. I tu też zaczęły się schody. Często słyszałam Panią Małgosię z poniższa, która informowała jak schodzić: "trawersikiem, trawersikiem". Pan Marek ciągle mi też towarzyszył i sprawdzał, czy dobrze idę, ewentualnie jak się źle kierowałam, naprowadzał na lepszą drogę. Czerwone plamy namalowane farbą na ścianach okazują się bardzo pomocne. Wyznaczają chyba najlepszą drogę, którą należy iść. Szczęśliwie zeszłam z Mitikasa i weszłam z powrotem na Skalę. I tu jeszcze zdjęcie na Płaskowyż Muses.


i znowu na Skali...

Chwila odpoczynku i kierunek Refuge A! Droga z powrotem po gruzie skalnym i uciekających spod nóg kamieniach była koszmarna. Była to długa droga i trzeba było bardzo hamować na tych kamieniach, żeby sobie nie zjechać za daleko i nie stoczyć się w dół. Była to szybka jazda po kamieniach. Może właśnie dlatego nam to tak szybko poszło. Od szczytu do Refuge A minęły 2 godziny. Podczas zjazdu po kamieniach zaczęłam odczuwać, że stopki zaczynają się obcierać. Ale nic to! Planowałam przenocować w schronisku Spilios Aghapitos, a następnego ranka wyruszyć w drogę powrotną do Prionii. Ale okazało się, że jest szansa zdążyć na ostatni autobus z Litochoro, więc postanowiłam, że pójdę razem z towarzyszami, a oni mieli nawet miejsce w samochodach, żeby mnie podrzucić z Prionii do Litochoro. Wcześniej na Skali spotkaliśmy dziewczynę i chłopaka z Polski, którzy nie targnęli się na Mitikasa, ale także chcieli się z nami zabrać do Litochoro, okazało się, że także mieszkają w Paralii. Co za zbieg okoliczności! Będzie mi z nimi razem raźniej wracać! Ostatnie zdjęcie na wysokości 2100 m w Refuge A.


już prawie skrajnie wyczerpana ;)

Także ruszyliśmy z wysokości 2100 m, mieliśmy przed sobą tylko 1 km różnicy wysokości w dół. Ostatnie kilkadzieścia minut było już ciemno. Pan Marek zapalił latarkę, przez co łatwiej było nam iść, a zwłaszcza mi, bo jako krótkowidz w ciemnościach widzę troszkę słabiej. Ostatni fragment drogi był już dla mnie ciężki. Czułam, że mam dwa odciski na stopach i że chyba są poważne. Szłam już jak robot - byle do celu. Do Prionii zawitaliśmy o 21.45. Z Refuge A schodziliśmy troszkę dłużej niż planowaliśmy maksymalnie godzinę i 15 minut, tj. 2 godziny. W sumie zejście z Mitikasa trwało 4 godziny. Parka, którą spotkaliśmy na Skali, po jakichś 10 minutach doszła również. Życzliwi towarzysze wyprawy na Mitikas podwieźli nas do Litochoro, chociaż na autobus było już wcześniej wiadomo, że nie zdążymy. Dziękowałam serdecznie tym troskliwym osobom, że mogłam dzięki nim wejść na Mitikas, gdyż bez ich pomocy nie dokonałabym tego. Pożegnaliśmy się z nadzieją, że może się jeszcze kiedyś spotkamy w górach:) Teraz żałuję, że nie wzięłam od nich żadnych namiarów. Chciałabym im jeszcze raz bardzo serdecznie podziękować za opiekę nade mną w tej niełatwej wyprawie. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś z WAS dotrze na tę moją stronę, może też przez jakiś zupełny przypadek i tą drogą jeszcze raz ode mnie odbierze szczere i gorące podziękowania. Jestem WAM naprawdę bardzo bardzo wdzięczna. Dzięki Wam spełniło się moje marzenie. Wszystkim ciągle opowiadam jak wielki był Wasz wkład w mój sukces zdobycia Mitikasa. Szczególne podziękowania dla pana Marka, który przez całą trudną drogę mnie asekurował i towarzyszył mi w tych trudnych krokach. Jeszcze raz DZIĘKUJĘ BARDZO! Evcharisto para poli! :). W Litochoro postanowiliśmy z parką z Paralii, że pojedziemy taksówką do Paralii. Kosztowało to nas 15 €, ale po 5 € na osobę :). Kolejny korzystny zbieg okoliczności, który sprawił, że nawet koszty wyprawy nie były wysokie. Podjechałam prawie pod sam hotel. Czułam, że już pomału mam zakwasy i odciski na stopach doskwierały. Chociaż moje buty spisały się w górę genialnie i bardzo byłam z nich zadowolona, nie oszczędziły mnie przy schodzeniu i musiały zrobić swoje ;) Ale chociaż dzisiaj jak to piszę jest 8 dni po tej wyprawie, odciski jeszcze doskwierają, nie żałuję moich stóp wcale. Taka wyprawa życia, jaką przeżyłam, pełna emocji i adrenaliny oraz radosnego uniesienia, jest warta nawet więcej niż tylko tych dwóch odcisków :). W tej wyprawie wszystko szczęśliwie się poukładało. Zakończyła się sukcesem i szczęśliwym powrotem. W sumie od Prionii na Mitikas i z Mitikasa do Prionii wyprawa zajęła nam 11 godzin włącznie z przerwami na odpoczynek. Niesamowita wyprawa. Polecam każdemu, kto umie i uwielbia chodzić po górach, także po takich cięższych szczytach. Ale przestroga, dla takich jak ja, którzy chcą się wybrać samotnie, nie znając zupełnie zasad wspinania się, nie znając tych szczytów i ich warunków. Nie idźcie sami! To nie był mądry pomysł, że chciałam się szarpnąć na Mitikasa sama, znając moje możliwości i umiejętności, nie wiedząc, co mnie tam czeka. Ale w sumie, gdyby nie mój upór, zawziętość i siła zaparcia, i gdybym postanowiła nie wyruszać sama, dzisiaj nie byłabym szczęśliwym zdobywcą szczytów Olimpu :). Jeszcze raz dziękuję towarzyszom z Krakowa i Zakopanego! Byłam bardzo dumna z siebie i do dzisiaj jestem :). Niektórzy powątpiewali, że ja wlezę na Mitikasa. Pozdrawiam szczególnie serdecznie właśnie tych, którzy powątpiewali ;), a którzy sami byli na Mitikasie już kilka razy! Wątpliwości te dopiero dodały mi motywacji, żeby jednak pomimo wszystko tam wejść ;). Miałam więcej wiary w to, że wejdę, niż pozwalałyby na to moje umiejętności i wiedza. I BYŁAM TAM! ZDOBYWCY SZCZYTÓW OLIMPU ŁĄCZCIE SIĘ! :)))))))))))) ELINIDA

Powrót do Mojej Grecji